Niektórzy ludzie po prostu zasługują na śmierć

Kontynuuję swoją krucjatę, która ma na celu informować Was o ciekawych filmach, których nie było w polskich kinach, ale za to można je wyrwać na przykład na DVD lub w serwisach streamingowych. Ostatnio na warsztat przyjąłem “Cold in July” znany w kraju nad Wisłą jako “Chłód w lipcu” w reżyserii Jima Mickle. W rolach głównych Michael “Dexter” C. Hall, Don “Sonny” Johnson i Sam “Faber” Shepard.

Here is something you can’t understand, how I could just kill a man

Michael C. Hall masowemu odbiorcy kojarzy się przede wszystkim z rolą Dextera. Wszyscy wiemy, że będzie to jego przekleństwo, ale ja nie o tym. Chodzi o to, abyście wyobraźili sobie postać graną przez Halla w serialu w swoim ciapowatym wcieleniu. Z wąsem i fryzurą na świeżo hodowanego czeskiego piłkarza. W “Cold in July” gra Richarda Dane’a. Niczym nie wyróżniającego się gościa, który jest mężem, ojcem i ramiarzem. To ostatnie to jego profesja, bo Rysiek po prostu naprawia i tworzy ramy do obrazów. Ktoś to przecież musi robić. Tak czy inaczej jego nudne do porzygu życie zmienia się pewnej nocy, gdy zupełnie przez przypadek [spoiler] zabija włamywacza [/spoiler]. Ten pech uruchamia serię zdarzeń, które będą pretekstem do tego, aby film zmienił się z początku nudnawej historii obyczajowej w rasowy thriller z trupami i przemianą bohatera. Jak zwykle więcej zdradzać nie chcę, bo po co.

Zwiastun obejrzyjcie tylko pod warunkiem, że nie przeszkadzają Wam spoilery:

O reżyserze filmu mogliście nie słyszeć, a szkoda, bo Mickle powoli wyrasta na bardzo ciekawego twórcę. Jego “We Are What We Are” było thrillerem balansującym na pograniczu horroru, który rozwijał się powoli zmierzając do szalonego finału. W “Cold in July” jest dokładnie tak samo. Film nie ma zawrotnego tempa, ale stopniowo wprowadza nowych bohaterów – choć trzeba zaznaczyć, że nie ma ich zbyt wielu – oraz zmienia biegi tak, aby na końcu sunąć na pełnym gazie. Robi dokładnie to, co bardzo lubię w kinie. Zmianę tempa związaną ze zmianą charakteru samego filmu. Tak jak komedia może zmienić się w dramat, a film obyczajowy w sensacyjny i tak dalej, i tak dalej. Rzecz w tym, że aby zrobić to sprawnie potrzeba sporo wyczucia. Mickle to wyczucie ma. Dobrze prowadzi swoich aktorów – a trzeba przyznać, że święta męska trójca plus, grająca wkurzającą żonę Deana, Vinessa Shaw trafiła mu się świetna – wie jak dawkować napięcie i rozumie, co zrobić, aby przemiana nie była porównywalna do wykąpania się w wannie pełnej lodu. Ma jednak ciągle ten sam problem. Nie jest mistrzem dynamiki. Choć jesteśmy zainteresowani tym, co się stanie, to nie ma w jego filmach pazura. Czegoś, co sprawi, że od pierwszej sceny będziemy siedzieć na brzegu fotela. Do tego pewnie jeszcze dojdzie, a na razie muszą nam wystarczyć inne mocne strony.

And if you want beef, then bring the ruckus, Wu-Tang Clan ain’t nuttin ta fuck with

Jedną z nich jest to, że ogrywa poszczególne sceny wyjątkowo oszczędnie. Mickle nie jest zwolennikiem aktorskich szarż czy pakowania wodotrysków w poszczególnie ujęcia. Tu się liczy gest, jakaś mina, strzępy dialogów. “Cold in July” to w pewnym sensie film dla fanów twardego, męskiego kina z lat 80. czy początków 90. XX wieku. Bohaterowie mają cel i ten cel osiągną bez zbędnej ilości słów i głupkowatych dowcipów rzucanych przez jedynego czarnoskórego w obsadzie. Jak ma być zabawnie – momentami – to jest, ale tu na pierwszym planie jest akcja. Trzej bohaterowie to ludzie na wskroś różni, którzy w normalnej sytuacji pewnie by nawet na siebie nie spojrzeli. Łączy ich wspólne przeznaczenie i szorstka napędzana testosteronem znajomość. Reżyser wprowadza też elementy charakterystyczne dla klasycznych slasherów. Z antagonistą, który prześladuje głównego bohatera zmierzając do ostatecznej konfrontacji.

Oglądając “Cold in July” odnosiłem wrażenie, że odbywam podróż w czasie do momentu, gdy królowały kasety VHS. Nie jest to jednak podróż jaką fundował nam ostatnio Stallone i spółka w kierunku wesołej rąbanki. To raczej kierunek “Brudnego Harry’ego” czy “Życzenia Śmierci”. Dobrze zrealizowane kino, które nie pomoże Wam w odpowiedzi na pytanie jak żyć, ale dostarczy odrobiny emocji, które przypomną Wam, że żyć jest mimo wszystko fajnie. Wrażenia dopełnia muzyka, która podobnie jak gra aktorska jest oszczędna, ale przy okazji budująca napięcie. Spokojnie pasowałaby do horroru. “Cold in July” to opowieść o grzechu, ojcostwie i karze, którą trzeba ponieść. Teoretycznie scenariusz jest słaby, ale przeniesiony na ekran broni się i zapada w pamięć. Tak jak wąs Michaela C. Halla.

Tekst pierwszego śródtytułu – Rage Against The Machine “How I Just Kill a Man”

Tekst drugiego śródtytułu – Wu-Tang Clan “Wu-Tang Clan Ain’t Nuthing Ta F’ Wit”