Nowa, lepsza, Ania z Zielonego Wzgórza

Nie wiem, ilu mężczyzn w Polsce jest fanami prozy Lucy Maud Montgomery, ale spokojnie mogę założyć, że raczej nie jest to większość przedstawicieli tej zdecydowanie brzydszej płci. Pierwszą książkę przeczytałem w podstawówce i od tamtej pory jest to jedna z moich ulubionych kobiecych postaci literackich. Od lat czuję się z nią emocjonalnie związany, bo pod wieloma względami – głównie charakterologicznie – jestem do niej podobny. Stąd cieszy mnie każda próba ekranizowania jej przygód. Bez względu na to czy mówimy o filmach czy serialach. Bo Ania to postać barwna, podobnie jak bohaterowie, którzy jej towarzyszą. Jej historia to świetny materiał na serial skręcający w kierunku dramatu. Tak przynajmniej pomyślał Netflix, gdy zabrał się za produkcję, która pozytywnie zaskakuje, ale przy okazji może zrazić tych, którzy nie lubią zmian.

Mój przyjaciel mrok

Nim rzucicie się oglądać “Anię, nie Annę” powinniście wiedzieć jedną, bardzo ważną, rzecz:

To nie jest i raczej nigdy nie będzie wierna adaptacja książek Maud Montgomery.

Jeżeli ktoś oczekuje czegoś bliższego poprzednim ekranizacjom przygód Ani, zawiedzie się. Jeżeli ktoś oczekuje serialu, którego targetem są dziewczęta, zawiedzie się. Jeżeli ktoś oczekuje, że twórcy będą trzymać się źródła historii i w ogóle niewiele zmienią, zawiedzie się. Co z resztą? Reszta powinna sprawdzić. I na tym mógłbym zakończyć ten tekst. W sumie już napisałem, że “Ania, nie Anna” po prostu mi się podoba. Kierunek, który wybrali twórcy może być kontrowersyjny, ale…

No właśnie, ale. Widzicie. Serial Netflixa to nowa, momentami mroczniejsza od pierwowzoru, opowieść. Pierwsze odcinki nadają ton reszcie sezonu do tego stopnia, że wydaje mi się, iż jeżeli nie odrzuci Was ta nowa jakość, to zostaniecie do samego końca. Nim zacząłem pisać przeczytałem sporo tekstów na temat tego serialu. W tych krytycznych zadawano pytania przede wszystkim o to po co “udoroślać” przygody Ani. Po co te przebłyski z przeszłości. Wspomnienia smutnej części dzieciństwa. Pytania o tyle ciekawe, że wydaje mi się, iż autorzy często nie pamiętają już początku pierwszej książki. Pierwsze rozdziały spisane przez autorkę przepełnione są niepewnością, wręcz beznadziejnością sytuacji głównej bohaterki. Być może to nowe podejście nie jest słuszne, ale moim zdaniem jest potrzebne, bo dodaje do całej historii dodatkowe dno. Dopisuje do niej coś, czego nie robiły poprzednie ekranizacje. Prezentuje nam Anię nie tylko przez pryzmat jej marzeń, pragnień i charakteru, ale i przez pryzmat doświadczeń. Trudnych, które świetnie kontrastują z jej podejściem do życia i jeszcze bardziej uwypuklają zalety postaci, ale i jej wady. Jednocześnie nie tracąc z oczu esencji postaci.

Zdecydowanie nie chciała rozmawiać o swoich doświadczeniach ze światem, który jej nie chciał. – “Ania z Zielonego Wzgórza”, Lucy Maud Montgomery

Podobnych fragmentów jest więcej. Autorka sugeruje wprost – i w takim też przeświadczeniu żyłem przez lata – że Ania nie miała łatwo. Tym samym twórczyni serialu, Moira Walley-Beckett, nie tyle stara się nam na siłę sprzedać swoją wizję, co po prostu odnajduje w słowach Maud Montgomery znaczenie, które młodemu czytelnikowi może umykać. Na sięganiu po dramat i budowaniu interesujących postaci Walley-Beckett zna się bardzo dobrze, w końcu jest jedną ze scenarzystek i producentek “Breaking Bad”.

Ania. nie Anna
“Ania, nie Anna” – Fot. Netflix

Zielone Wzgórze

Wielokrotnie na łamach bloga pisałem o tym, że tęsknię za klasycznymi baśniami. Choć cenię Disneya, to jednocześnie nie mogę mu wybaczyć tego, że zerwał z walorami edukacyjnymi, spłaszczył historie do tego stopnia, że świat podzielił na tych złych i księżniczki. Pokazywaniem, że dziecko też może cierpieć. Że może sobie z tym cierpieniem poradzić. Czy to brutalne podejście? Zapewne dla wielu z Was tak. Jednak tutaj, przy okazji Ani, pojawia się dodatkowa warstwa historii, która nie tylko uwiarygadnia postać, ale przede wszystkim nadaje całej opowieści głębię, której mimo wszystko momentami w prozie Maud Montgomery brakuje.

Zresztą w całym serialu nie widzę przypadków. Od fantastycznego castingu po osoby odpowiedzialne za reżyserię. Wystarczy wspomnieć Niki Caro, która odpowiada za pierwszy i najdłuższy z odcinków. Caro ma na koncie przede wszystkim udanego “Jeźdźca wielorybów”, w którym oś historii też zawieszona była na kobiecej bohaterce. Podobnie jak “Ania, nie Anna” film Caro flirtuje z motywami baśniowymi. Charakter produkcji Netflixa podkreśla też samo Zielone Wzgórze. Nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek wcześniej to ikoniczne już miejsce było równie piękne. A wierzcie mi, że jest i aż ściska mnie w klatce piersiowej z powodu tego, że twórcy jednak oszczędzają nam tych pięknych widoków.

Chciałam to udramatyzować i chciałam zejść aż do trzewi żebyście poznali dokładnie jej historię i tym samym zrozumieli jej rany i stawkę, o którą gra. – Moira Walley-Beckett w wywiadzie dla Entertainment Weekely

Zostawiając wspomniane – liczne – odstępstwa od książki trzeba wspomnieć o aktorach. AmyBeth McNulty wcielająca się w Anię najzwyczajniej w świecie pasuje do tej postaci. Na ekranie wygląda tak, jakby nie grała, a faktycznie była Anią. Świetnie uchwyciła zarówno cechy jej literackiego pierwowzoru – roztrzepanie i gadatliwość jak zawsze rządzą – ale i te cechy, które Ania otrzymała wraz z twórczą inwencją scenarzystów. Podobnie jest z Mateuszem i Marylą. Dla Roberta Holmesa Thomsona jest to “kolejny raz” z okolicą, w której wychowała się Ania. Na przełomie lat 80. i 90. XX wieku wcielał się bowiem w postać Jaspera Dale’a w serialu “Droga do Avonlea”. Z kolei Geraldine James jak zwykle jest klasą samą dla siebie. Postać Maryli wydaje się być stworzona dla niej.

Ania. nie Anna
“Ania, nie Anna” – Fot. Netflix

Dickens byłby dumny

Jest w tej opowieści coś z prozy Charlesa Dickensa. Losy bohaterów, to jak są zaprezentowani. Oczywiście można, a nawet trzeba, mieć wątpliwości, czy na pewno te wszystkie odstępstwa od pierwowzoru są potrzebne. Dla niektórych widzów może to być zbyt wiele. Mogą poczuć się tak, jakby właśnie dokonano gwałtu na ich ukochanej książce. Jeżeli tak się stanie, to będzie mi bardzo przykro, bo widać w “Ania, nie Anna” zarówno zrozumienie bohaterów, jak i autentyczną próbę dodania do historii czegoś, czego nie oferował nam pierwowzór. To nie jest tylko żerowanie na znanych postaciach. To artystyczna wizja, która przynajmniej na razie spina się od początku do końca.

Jak zwykle na koniec nie mogę przemilczeć wad. Oprócz wspomnianych odstępstw od pierwowzoru – co dla niektórych może być wadą – warto zwrócić uwagę na wątki dramatyczne. Momentami ich obecność może uwierać i kilka razy sam zadawałem sobie pytanie po co to wszystko i dokąd ta historia ostatecznie będzie zmierzać. Choć przyklaskuję poważniejszemu tonowi serialu nie mogę nie dać twórcom po łapach za to, że momentami odpływają w mrok aż za bardzo, jakby się delikatnie w nim pogubili. Mi to nie przeszkadza, ale nieprzekonanych czy sceptycznych może zmęczyć i odstraszyć.

Ania. nie Anna
“Ania, nie Anna” – Fot. Netflix

Brakuje też subtelności i choć Ania jest mocno związana ze światem wyobraźni, to gdzieś ten świat umyka. Nie jest widoczny na pierwszym planie i z jednej strony jej wyobraźnia staje się integralną częścią postaci, a z drugiej nie pozwalamy jej na to, aby w pełni się ujawniła. Brak subtelności przejawia się w też wątkach feministycznych. “Ania, nie Anna” wręcz krzyczy do widza, że feminizm stanowi istotną część całej opowieści. Żebyśmy się dobrze zrozumieli to nie wątek jest tutaj problemem – ten w powieściach pisarki był obecny – co fakt, że ktoś nam go wpycha do gardła i choć się nim dławimy, to nie pyta, czy dać coś do picia tylko pyta o to, czy chcemy jeszcze i czy aby na pewno zrozumieliśmy, że tutaj jest istotny feminizm. Problematyczne może być również zakończenie sezonu, ale nie mogę nic więcej napisać oprócz tego, że choć rozumiem zamysł, to nie do końca akceptuję kierunek, w którym będziemy podążać.

Mimo tego wszystkiego “Ania, nie Anna” pozostaje dobrym serialem. Nową, lepszą, Ania z Zielonego Wzgórza. A nawet jak nie lepszą, to na pewną taką, która dobrze wpisuje się w percepcję widza w XXI wieku. Pewnie jak akcja rozwinie się dalej ciężko będzie go nazwać ekranizacją książek, ale cóż z tego skoro Ania nadal bawi i rozczula. A o to przecież w tym wszystkim chodzi.

 

Total
61
Shares
  • Jak zwykle świetna recenzja, z którą się całkowicie zgadzam. Pisałam jakiś czas temu o “Ani z Netflixa” w swoim wpisie:
    http://www.noszerazykilka.pl/przeglad-kwiecien-maj (zapraszam!). Dla mnie nowa kreacja bohaterki jest autentyczniejsza i cieszę się, że scenarzyści postanowili zagłębić się w problematykę jej ciężkich doświadczeń. Jestem wielką fanką “nowej Ani” i czekam niecierpliwie za kontynuacją;)
    Korzystając z okazji, skoro już piszę komentarz, co zdarza mi się rzadko, chciałam powiedzieć Ci, że swoimi wpisami odwalasz kawał dobrej roboty. Zachęcona Twoim wpisem na temat P. L. Travers obejrzałam z mężem “Ratując pana Banksa” i bardzo nam się spodobał. Teraz mąż namawia mnie do obejrzenia “Mary Poppins”, aby sprawdzić, czy nie ma tam czerwonego koloru. Trzymam kciuki za Twojego bloga! Będę często zaglądać 😉

    • Dziękuję za dobre słowo 🙂 Na bloga zajrzę. Co do “Ratując pana Banksa”, to nie wszystko w tym filmie jest zgodne z prawdą historyczną, ale odkrywajcie. Travers na to zasługuje 🙂

      • Sądzę, że Travers przewraca się w grobie, że przedstawiono ją płaczącą ze wzruszenia na premierze “Mary Poppins”. Disney załatwił ją na cacy 🙂

  • Dopisane wątki w pewnym momencie mnie zmęczyły, ale nie dlatego, że były zbyt mroczne (podoba mi się ten kierunek, chociaż najlepiej się oglądało te sceny opisane w książce), ale że było już tego za dużo (a może za mało historii znanych z książki czy właśnie pięknych widoków?). Ania ratująca dziecko z pożaru? I Maryla, i Mateusz cierpiący z powodu dawnych miłości? Mam też wątpliwości odnośnie próby samobójczej Mateusza.

  • Gosia

    mnie “Ania z Zielonego Wzgórza” ominęła, jakoś nigdy nie miałam potrzeby przeczytania jej. nie miałam oczekiwań i wspomnień z dzieciństwa co to serialu i dzięki temu jestem nim zachwycona. pochłonęłam w 2 dni co mi sie nie zdarza czesto <3