Mistrzowie drugiego planu

Muzycy wspierający są jak aktorzy drugoplanowi w filmach. Bardzo często kradną show. Problem w tym, że w przypadku przemysłu filmowego ci na drugim planie są doceniani przy okazji najważniejszych nagród. W muzyce nikt o drugim planie nie myśli. Ot, ktoś tam wyje w chórku.

Z tego powodu film “O krok od sławy” stara się otworzyć drzwi, za którymi stoją głosy, bez których wiele legendarnych numerów nie miałoby prawa bytu. Pozbawione wsparcia ze strony utalentowanych wokalistek i wokalistów niknęłyby w potoku piosenek. Weźmy przytaczane w filmie “Gimme Shelter” wykonywane przez The Rolling Stones. Fantastyczny numer prawda? Ręka do góry, kto potrafi bez zaglądania w Google powiedzieć, kto wspiera wokalnie Jaggera? No kto? Ja nie wiedziałem, a babka ma głos jak meserszmit – i wcale nie chodzi o to, że śpiewa pod wpływem. Nazywa się Merry Cleyton i występy ze Stonesami nie były jakimś odosobnionym przypadkiem, bo tą panią chcieli mieć u siebie najwięksi. Pracowała z królem – Presley’em – Neilem Youngiem. Cholera, ona śpiewała w “Sweet Home Alabama” Lynyrd Skynyrd. Absolutny top. Tylko, kto z nas o tym wie? Często nawet najwięksi fani zespołów nie wiedzą, kto przyczynił się do powstania ich ukochanych numerów. Dlatego takie filmy jak “O krok od sławy” są potrzebne.

Cichy bohater

Cleyton to jedna z bohaterek. Oprócz niej poznacie m.in. Oren Waters, Tatę Vegę, Judith Hill, Lisę Fisher – która nawet zdobyła nagrodę Grammy, ale jej solowa kariera ostatecznie nie potoczyła się tak jak tego chciała. Hollywoodzki specjalista od muzycznych laurek składanych największym w branży postarał się stworzyć film, który mimo tego, iż składa się z gadających głów, to po prostu dobrze się ogląda. Morgan Neville nie odkrywa przed nami okrucieństwa branży muzycznej. Nie dokonuje dekonstrukcji mitu gwiazd muzyki. Nie ocenia. Nie robią tego nawet Bruce Springsteen i Sting, którzy przyznają, że nie wiedzą dlaczego ktoś odnosi sukces, a ktoś inny nawet obdarzony wielkim talentem nie.

Neville gra na najprostszych instynktach, które muszą chwycić człowieka za serce. W końcu większość z nas uwielbia historie, w których na światło dzienne wychodzą zasługi tych, o których pozornie zapomniano. Takie opowieści nas budują. W życiu nie zawsze odnosimy sukcesy. Jak mawia każda gwiazda starająca się błysnąć mądrością niczym Coelho:

Wszyscy upadamy, ale wstajemy silniejsi.

Boże, ile razy to słyszałem – ostatnio wysilił się na ten tekst The Rock w jednym z wywiadów. Jeden z najbardziej wytartych komunałów, który jest już tak sponiewierany, że widać przez niego bicepsy wspomnianego The Rocka. Mimo to łykamy kolejne historie oparte o niego jak przysłowiowe pelikany. I dobrze, bo ja też jestem na nie łasy. Tym bardziej, że w przypadku bohaterek “O krok od sławy” mówimy o potężnych talentach, od których często wymaga się więcej niż od gwiazdy. Dlaczego więcej? Bo, aby być dobrym wokalem wspierającym trzeba umieć bardzo dobrze przystosować się do tego, co serwuje nam gwiazdor i reszta zespołu. Nie wybudujecie domu bez fundamentów. Tak działa to też w przypadku relacji między głównym wokalistą i chórkami.

Oprócz tego film jak w kalejdoskopie pokazuje jak różne drogi obrały jego bohaterki. Jedna walczy o solową karierę próbując wślizgnąć się przez drzwi, które uchyliły się po śmierci Michaela Jacksona. Inna pogodziła się ze swoją anonimowością, bo w zamian za to doceniają ją prawdziwe gwiazdy, które zabiegają o to, aby z nią pracować. Ktoś uczy angielskiego, ktoś sprzątał domy, aby w końcu otrząsnąć się z marazmu i chwycić życie za jaja. To wszystko u Neville’a sprawia, że oprócz fantastycznej muzyki okraszonej ciekawostkami – ta z Rayem Charlesem wymuszającym na jednej z wokalistek zaśpiewanie odpowiedniej nuty jest przednia – dostajemy postacie z krwi i kości. Takie, z którymi szybciej możemy się identyfikować niż z Jaggerem czy Lou Reedem.

Wielkość leży w różnych miejscach

Po seansie zdałem sobie sprawę, że sztuką jest uczynić z teoretycznie gorszej pozycji swój atut. Siłą wszystkich wokalistek i wokalistów w filmie Neville’a jest to, że one sprawiły, iż wspieranie stało się tak samo ważne jak bycie na pierwszej linii frontu. Owszem ten film jest płytki, momentami można go przyrównać do prozy Janusza Wiśniewskiego, który niby odkrywa przed nami coś nowego, ale w rzeczywistości my wszyscy już o tym wiemy. To prawda, ale czasami ktoś musi dać nam w mordę, aby o pewnych rzeczach nam przypomnieć.