Ojciec Jonathan Demme od ludzi

Napisać, że Jonathan Demme kochał kino, to jak nie napisać nic. Oddał mu serce. Kochał też ludzi i jeżeli wierzyć tym, którzy z nim pracowali był przemiłym człowiekiem. Reżyserem z gatunku tych, do których przychodzisz po poradę, którzy słuchają. Którzy rozumieją. Gdy piszę ten tekst Jonathan Demme kręci filmy w innym miejscu. Być może reżyseruje koncerty Bowiego i Prince’a. Kto wie. Mam nadzieję, że gdy przyjdzie na to czas, to w końcu go spotkam. Nim to nastąpi postaram się napisać kilka słów o człowieku, którego większość kojarzy z jednego – świetnego – filmu. Choć jako twórca był jednym z najbardziej wszechstronnych reżyserów w Hollywood.

C jak Corman, c jak człowiek

Ta wszechstronność nie brała się z powietrza. Spora w tym zasługa króla kina klasy B. To właśnie pod skrzydłami Cormana Demme szlifował styl. W końcu jego mentor był nie tylko królem kina klasy B, był też królem kina eksploatacji. To z kolei mocno wpłynęło na Demme’a, ale jedna rzecz była u niego charakterystyczna. Bez względu to jak mroczny był film, który tworzył, zawsze w centrum historii był człowiek. Zakrzykniecie, że przecież człowiek zawsze jest w centrum. I to prawie każdego filmu. Nie chodzi tu o człowieka jako istotę, którą pokazujemy na ekranie. Chodzi o relacje między ludźmi i emocje. Jak słusznie zauważył w “The Guardian” Ryan Gilbey nawet w “Milczeniu owiec” to widać. Mimo że to mroczna historia o tak naprawdę dwóch seryjnych mordercach, to na pierwszym planie jest relacja. Między Clarice i Hannibalem. Relacja magnetyczna, intrygująca. Świetnie zagrana, ale przede wszystkim bardzo dobrze poprowadzona przez reżysera. Zresztą już podczas pracy z Cormanem udowadniał, że ma swoją wizję, którą będzie się kierować do samego końca. Ostatnia sekwencja filmu “Crazy Mama” miała doprowadzić Cormana do rozpaczy, bo wbrew sugestiom jego podopieczny postanowił, że wyjęci spod prawa bohaterowie skończą w mniej sztampowy sposób. Tym samym Corman mógł tylko krzyknąć:

Chłopie, ale ty nie masz zakończenia! – nie wiem, czy tak krzyknął, ale mógłby

Milczenie owiec
Dobrze się panowie bawili

Nim Demme nakręcił “Milczenie Owiec” kilka razy pokazywał w Hollywood, że prędzej czy później dostanie Oscara. Pierwszym znaczącym filmem w karierze był “Melvin i Howard” z 1980 roku. Obraz przyniósł Oscara Mary Steenburgen i autorowi scenariusza Bo Goldmanowi. Temu samemu, który kilka lat wcześniej odebrał statuetkę za skrypt do “Lotu nad kukułczym gniazdem” Formana. Po latach można zadać sobie pytanie, co jest takiego specjalnego w tym filmie? Przecież to zwykła historia o człowieku, który nie radzi sobie w życiu. Nie żyje tak, jak nakazuje American Dream. Tak, historia jest zwyczajna, ale o sile całości stanowią postacie. Te są po pierwsze bardzo dobrze napisane, a po drugie świetnie zagrane. Nakręcić zajmujący film na podstawie historii, która normalnie nikogo nie zainteresuje to jest wielka sztuka. Ogromna.

To jeden z najprzyjemniejszych aspektów pracy, za który czuję się też odpowiedzialny jako twórca. Musisz pamiętać, że zachowanie, które zaprezentujesz na ekranie będzie odbierane przez miliony ludzi i ostatecznie to coś powie o nas jako gatunku. Dlatego właśnie w swoich filmach mam problem z prezentowaniem “czystej krwi” złoczyńcy. Kiedy ludzie mówią mi: Och, Meryl Streep była świetna w “Kandydacie”, nienawidzę jej – to, cóż, nie chcę słyszeć części o “nienawiści”, bo postrzegam ją jako dojrzałą, emocjonalną osobę. – o swojej pracy w wywiadzie w 2004 roku.

Choć Demme zwrócił na siebie uwagę, to wcale nie zdecydował się kręcić tego samego. Nie oddał się jednemu gatunkowi. Jego filmografia skręcała w kierunki, które wytyczały coraz bardziej pokrętną ścieżkę. Mieliśmy flirt z serialami – “American Playhouse” i “Alive from Off Center” w latach 80. Wiele lat później zawitał też na plan zdjęciowy udanej amerykańskiej wersji “The Killing”. Był komedio-dramat z Kurtem Russellem “Szybka zmiana”, ale i komedia z dużą szczyptą romansu, jak “Poślubiona mafii”. Kręcił thrillery. Te momentami dziwaczne, ale udane, jak “Dzika namiętność” i te mroczne, jak odmienione przez wszystkie przypadki “Milczenie owiec”. Sięgał po remaki, jak “Kandydat”, ale i klasyczne ciężkie dramaty, poruszające trudne tematy, jak fantastyczna “Filadelfia”. Jednak w 1984 pojawiło się jeszcze coś. Coś, co stało się jego kolejnym znakiem rozpoznawczym. Muzyka. Tak samo jak Demme kochał ludzi, kochał też muzykę.

Stop Making Sense
Pan Artysta

Gadające głowy

W 1984 roku przychodzę na świat. W tym roku pojawia się też wyjątkowy film. Rok wcześniej Demme ogląda koncert swojego ulubionego zespołu i postanawia, że zrealizuje o nich film. Kiedy to postanawia nie jest jeszcze gwiazdą. Absolutnie. Ciągle bardziej reżyser kina klasy B niż ktoś, kto za siedem lat zdobędzie Oscara. Niemniej jednak sukces “Melvina i Howarda” otwiera mu potrzebne drzwi. Okazuje się bowiem, że Talking Heads cenią film i są zainteresowani współpracą. David Byrne ustala z Demmem, że reżyser wraz z operatorem Jordanem Cronenwethem będą tymi, którzy udokumentują występy w trasie koncertowej zespołu. Oczywiście nie było mowy o “zwykłym” albumie koncertowym. Byrne potrzebował czegoś innego, podobnie Demme. Tak powstało “Stop Making Sense”, które nie tyle jest zapisem wspomnianej trasy koncertowej, co bardziej zapisem osobowości Byrne’a. Dzieło, w którym koncerty i występy Talking Heads były pretekstem do czegoś więcej.

Swoje trzy grosze do rozwoju kariery bohatera tego tekstu dorzucił Roman Polański. W 1977 roki Demme realizował “Handle with Care” dla studia Paramount Pictures. Pierwsze “duże” zlecenie w karierze. Ze względu na to, że jego koncepcja odbiegała od wizji studia w pewnym momencie został odsunięty od projektu. Dopiero interwencja Polańskiego, który dowiedział się o tym od jednego ze swoich przyjaciół, sprawiła, że Demme wrócił na stołek reżysera.

To znamienne, że drogi Byrne’a i Demma się skrzyżowały, bo jeszcze za życia Demme uważany był za jednego z najlepszych, jeżeli nie najlepszego, reżysera filmów koncertowych. Dlaczego? Być może dlatego, że jak pisał Tim Grierson “The Rolling Stones”, udawało mu się uchwycić radość tworzenia i pokazywania efektów tej twórczości ludziom. To właśnie “Stop Making Sense” jest pierwszym filmem w historii, który skupił się na artystach, ale nie tylko pokazując ich, jak wykonują swoje utwory, ale faktycznie prezentując ich interakcje, wpływ na siebie, to jak efektem tego wszystkiego jest muzyka. Zarówno zespół jak i reżyser znaleźli się w odpowiednim miejscu i czasie. Efektem ich współpracy był nawet nie zapis koncertu, a w zasadzie musical dzięki aktorskim zapędom Byrne’a i inspiracji teatralnym minimalizmem Roberta Wilsona.

Wykorzystanie długich ujęć zamiast szybkich cięć jest wynikiem mojego przekonania, że istnieje ogromna moc, którą można uzyskać trzymając się tych wydłużonych momentów, w których można mocniej zaangażować widza w występ zespołu zamiast ciągle burzyć rytm niepotrzebnymi cięciami. Za dużo cięć zazwyczaj mówi o braku zaufania redaktorskiego do graczy i muzyki. – Jonathan Demme w wywiadzie dla “TIME”

Po współpracy z Talking Heads starał się jednocześnie tworzyć “swoje” kino, ale nie zapominał o muzyce. Już rok później zrealizował dla New Order teledysk do utworu “The Perfect Kiss”. Choć teledysk to za mało. W zasadzie wyszedł z tego trwający dziesięć minut krótkimetraż.

Kolejny raz w oczy rzuca się jego przywiązanie do detalu, ale i przywiązanie do pokazywania ludzi. Demme pokazał, że za zimną elektroniką stoją ludzie z krwi i kości. Jego kariera rozwijała się na obu frontach. Kiedy w 1991 roku zdobył Oscara nie odbierał go jako twórca anonimowy. Meteor, który nagle spadł z nieboskłonu. Dwa lata później był jednym z reżyserów teledysku Bruce’a Springsteena do nagrodzonego Oscarem utworu “Streets of Philadelphia”, w którym, tak jak i w reżyserowanym przez niego filmie, na pierwszy plan wychodzi człowiek.

Ja tylko robię to, co do mnie należy

Jego relacja z muzyką nie sprowadzała się tylko do albumów koncertowych czy teledysków. Nakręcił dokument o Neilu Youngu. “Serce ze złota” w 2006 roku zapoczątkowało trylogię zrealizowaną razem z muzykiem. Następne w kolejce stanęły koncertowy “Neil Young Trunk Show” i “Neil Young Journeys”. Ten ostatni to historie opowiadane przez Younga przeplatane występami na żywo. We wszystkich trzech dostrzec można chemię między reżyserem i muzykiem. Zresztą Demme komplementował Younga mówiąc, że kamera po prostu go kocha. Coś w tym jest.

Kamera kocha też Justina Timberlake’a. Kiedy Demme zobaczył go w filmie “The Social Network” doszło do tego do czego doszło w 1983 roku. Demme wiedział, że chce nakręcić film z Justinem. Okazało się również, że muzyk i aktor jest wielkim fanem “Stop Making Sense”, więc sprawa byłą przesądzona, a ich spotkanie w zasadzie miłą formalnością. Tym samym Demme nakręcił ostatni z koncertów w ramach trasy “20/20 Experience Tour”. Choć z jednej strony zaprezentował nam gigantyczne przedsięwzięcie jakim jest koncert gwiazdy muzyki popularnej, to jednocześnie nie stracił z oczu tego, co w tym całym bajzlu jest najważniejsze. Człowieka. Można nie lubić Justina, ale każdy powinien obejrzeć zapis tego koncertu, bo robi piorunujące wrażenie i udowadnia, że Demme mógłby realizować filmy i teledyski dla artystów reprezentujących każdy gatunek muzyczny. Chapeau bas.

Wszystko sprowadza się do dwóch rzeczy. Ktokolwiek, kto robi muzykę, musi mieć też jakość kinową. … Nie chciałbym powiedzieć, że chodzi o umiejętność zainteresowania publiczności, ale o to, że sami twórcy muzyki są ciekawi. I po drugie, że ich doświadczenie nas interesuje, ich wnętrze, to podróż, którą możemy oglądać. – w odpowiedzi, co trzeba zrobić, aby nakręcić świetny film z koncertu

Gdy podobnie jak o koncerty zapytano go, co jest powodem sukcesu “Milczenia owiec” stwierdził, że zrobił to, co zwykle, ale tym razem po prostu zadziałało. Może to była fałszywa skromność. Jedno jest pewne, że jego najsłynniejszy film nie tylko okazał się wielkim hitem komercyjnym i artystycznym – to jeden z niewielu filmów, który zdobył Oscary w pięciu kategoriach uznawanych za najważniejsze – ale wpłynął na cały gatunek thrillera i na popkulturę w ogóle. Hannibal Lecter istniał przed filmem Demme’a i nawet pojawił się już na ekranie, ale to Demme do spółki z Hopkinsen unieśmiertelnili najsłynniejszego z kanibali. Zresztą jego przepis na dobry film był prosty. Skoro masz dobrych aktorów i dobry scenariusz, to wszystko, co musisz zrobić jako reżyser, to tego nie spieprzyć. Ot, cała tajemnica.

Jonathan Demme
Jonathan Demme

Od początku lat 90. XX wieku mimo tego, że stał się reżyserem z pierwszej ligi twórców jego kariera napotykała na problemy i nie wszystkie filmy zapisały się złotymi zgłoskami w historii kina. Jednak nawet wtedy, gdy szło mu gorzej w Hollywood, miał muzykę, do której mógł wrócić. Zresztą, czy on musiał coś komukolwiek udowadniać? Raczej nie. Tym bardziej, że i wśród jego nowszych filmów pojawiają się takie, które naprawdę warto obejrzeć. Jak choćby “Rachel wychodzi za mąż” czy “Nigdy nie jest za późno”. To nie są dzieła wybitne, ale mają na sobie charakterystyczny podpis Jonathana Demme’a. Człowieka, który kochał ludzi.

Total
6
Shares