Animowana apokalipsa pod wpływem LSD

Rzadko oglądam telewizję, ale od jakiegoś czasu, kiedy w moim domu zagościły kanały dla dzieci, trafiam na seriale animowane, które zwracają moją uwagę. Z różnych powodów. A to ze względu na jakość animacji, a to z powodu całej marketingowej otoczki, jaka jakiemuś tytułowi towarzyszy. Jednak tylko jeden z nich sprawił, że nie wiedziałem, czy mam do czynienia z produkcją dla dorosłych, dla dzieci, narkotykowym widem jakiegoś wariata, czy może wszystkim po trochu. Zupełnie przez przypadek stałem się fanem “Pory na przygodę”.

Od zera do bohatera

Historia Pendletona Warda, twórcy serialu “Pora na przygodę”, to kolejna opowieść z cyklu jak to własną pracą można dojść do spektakularnych efektów. Ward przyjeżdżając do Los Angeles miał plany, co do rozwoju swojej kariery, ale pierwsze dwa lata pobytu w Mieście Aniołów coraz bardziej zaczynały przypominać sen, z którego trzeba się obudzić niż faktyczne spełnianie marzeń. Absolwent California Institute of the Arts był zmuszony zamieszkać w samochodzie, ale to nie oznaczało, że się poddawał. Miał konkretny pomysł na serial animowany, który rozpoczął się krótkometrażówką “The Adventure Time” na potrzeby serii “Random! Cartoons”, którą można nazwać inkubatorem dla animacji. Film bardzo szybko stał się hitem w sieci, więc Ward przedstawił pomysł na serial swojemu ówczesnemu pracodawcy, czyli stacji Nickelodeon. Niestety nie poznano się na jego pomyśle, a on sam musiał poczekać trzy lata aż świat Ooo na stałe zagości w ramówce jakiegoś kanału. Odwagą wykazała się stacja Cartoon Network, która długo pomysł Warda “trawiła”, ale ostatecznie zdecydowała się dać mu zielone światło.

I chyba nie ma w CN kogoś, kto żałowałby tej decyzji choćby przez sekundę. Wynika to z tego, że “Pora na przygodę” stała się jednym z flagowych seriali stacji, który przyciąga przed telewizory kilka milionów widzów. Za jego sukcesem poszły kolejne decyzje, które tylko dodają kolejne elementy do wielkiej układanki jaką jest marka Adventure Time w USA. Cholera, sam serial jest wielką układanką i jednocześnie jedną z tych produkcji, która ma więcej wymiarów niż wiele filmów kreowanych na “bycie skomplikowanymi”. Co ciekawe Ward jest wielkim introwertykiem, który w pewnym momencie stwierdził, że nie chce stać na czele własnego projektu, bo jak sam przyznaje:

Radzenie sobie z ludźmi każdego dnia odbija się na tobie.

Z tego powodu uznał, że chce po prostu pracować przy “Porze na przygodę”, ale nie jako producent serialu, a człowiek, który nie jest na świeczniku. Chce rysować, opowiadać historie, ale nie chce być w centrum uwagi. Nie chce być tym, który musi użerać się z innymi. Na potwierdzenie tych słów przytoczę jego odpowiedź na pytanie, czy chce stworzyć jeszcze jeden serial:

Nie, nigdy. To brzmi jak koszmar.

I tak doszło do tego, że introwertyk stworzył tytuł, który jest fenomenem.

Wielka wojna grzybów

Jeżeli zaczniecie oglądać “Porę na przygodę” to mam dla Was dwie rady:

– Przygotujcie się na to, że serial nie trzyma jednego poziomu i nie do końca wiadomo, kto jest jego finalnym odbiorcą.

– Zwracajcie uwagę na każdy, nawet najdrobniejszy szczegół.

Pierwsza rada wynika z tego, że w sezonach traficie na odcinki, które ewidentnie skrojono pod widza z podstawówki, aby później obejrzeć historie, przy których można zadać sobie pytanie, co tam na ekranie właśnie się stało i dlaczego mogą to oglądać dzieci. Taka była moja pierwsza reakcja, gdy skacząc po kanałach trafiłem na odcinek, w których Finn trafił do jakiegoś innego wymiaru, gdzie walczył ze zmutowanym potworem, komuś innemu było widać wnętrzności, a całość przypominała sesję w Dungeons&Dragons napędzaną grzybkami halucynogennymi i LSD. To niezwykle dziwne doświadczenie i jednocześnie olśnienie, że można stworzyć serial, który zaciera granicę między rozrywką dla przeciętnego młodego widza, a widza dorosłego, który na dodatek jest nerdem. W ogóle odnoszę wrażenie, że cała “Pora na przygodę” to tak naprawdę narkotykowy eksperyment. Cały świat przedstawiony i jego mieszkańcy to coś, co ciężko wymyślić na trzeźwo. W jednym miejscu mamy na przykład kolorowego jednorożca, który gada po koreańsku, Abrahama Lincolna, który żyje, ma się dobrze i jest królem Marsa oraz gadające cytryny czy boga, który jest wrednym skurwysynem pod postacią latającej głowy wilka. Finn i magiczny pies Jake to z kolei przykład na transgatunkową przyjaźń z eksplorowaniem podziemi, zabijaniem potworów i szukaniem artefaktów w tle. Dla Warda te wszystkie elementy, które pojawiają się w serialu były tylko, a może aż, emanacją tego, co on sam chciałby zobaczyć w animacji dla dzieci. Mówiąc krótko tworzy serial, który sam by chciał oglądać, gdyby był jego odbiorcą. To tak naprawdę prawdziwy paczwork motywów, które widzieliśmy i ciągle oglądamy na każdej płaszczyźnie popkultury.

Weźmy krainę Ooo, w której rozgrywa się akcja. Na początku mało o niej wiemy, ale z czasem wszystko zaczyna się układać w jakąś większą, spójną całość. Świat, w którym Finn i Jake żyją to tak naprawdę postapokaliptyczna okolica. Miejsca jak z bajki funkcjonują w sąsiedztwie tych mrocznych, zamieszkiwanych przez istoty jak z sennego koszmaru. Mutanty, których ciała są groteskowo powykręcane, demony, wiedźmy czy zwykłe potwory. Wszystkie one żyją obok postaci, które są jakimiś wariacjami na temat klasycznych bohaterów znanych z baśni. Jednocześnie to wręcz nieprawdopodobne, jak potrafi się zmieniać klimat serialu, który raz wydaje się być infantylną bajką, a raz czymś z pogranicza horroru. Warto mieć na uwadze to, że nawet w tych lekkich momentach istotne są wspominane przeze mnie detale, w które obfituje otoczenie. Porozrzucane po okolicy pozostałości “starego świata” sugerują, że w przeszłości doszło do czegoś strasznego, czegoś, co zmieniło Ooo na zawsze. Tu pojawiają się teorie fanów na temat tego, co to mogło być. Ta najprawdopodobniejsza to po prostu wojna nuklearna, co sugeruje “Wielka wojna grzybów”, o której dowiadujemy się w pewnym momencie od niektórych postaci. Inne zakładają jakąś naturalną katastrofę czy wręcz efekt halucynacji chłopca – głównego bohatera – będącego w śpiączce. Nie ważne, która z nich jest prawdziwa, bo w ostatecznym rozrachunku dostajemy twór, który zmusza odbiorcę do zastanowienia się na co tak naprawdę patrzy.

Wardowi udało się bowiem stworzyć świat z własną mitologią, historią i ciekawymi bohaterami, który na początku jest jak stłuczony wazon. Właścicielem wazonu jest widz. Kawałki są małe, a żeby było trudniej, to nie my go stłukliśmy i nie wiemy, jak wyglądał w całości. Siadamy, bierzemy klej i staramy się metodą prób i błędów, krok po kroku, skleić go. Jest ciężko.

Mroczna strona mocy

Wyjątkowość “Pory na przygodę” nie wynika tylko z tego, że jak odrzucicie elementy typowo “bajkowe” zostanie Wam budząca niepokój dystopijna rzeczywistość, którą równie dobrze mogli wykreować Huxley lub Orwell. Jej siła leży w innym miejscu. Konkretnie w fakcie, że pomimo bycia produkcją dla dzieci udało się Wardowi uniknąć schematów, w które wpadają podobne produkcje. Wystarczy wspomnieć o bohaterach. Już dwóch antagonistów, czyli Finn i Król Lodu to tak naprawdę dwie strony charakteru Warda. Finn jest niezwykle czułym chłopcem, który został adoptowany przez rodziców Jake’a – tak tylko przypomnę, że Jake jest psem – i jednocześnie ma misję ratowania każdego, kto jest w potrzebie. Jest taki jak Ward w dzieciństwie. Nawet jak Finn popełnia błędy to są one efektem tego, że napędza go czysta i niczym nieskażona chęć bycia dobrym człowiekiem. Jego mroczną stroną jest z kolei Król Lodu, w którego za sprawą potężnej korony zmienił się dobrotliwy naukowiec. Jeden z współpracowników Warda, Tom Kenny, na co dzień dubbingujący postać króla w serialu zauważa podobieństwo między swoim bohaterem a jego twórcą:

Wydaje mi się, że to jak Król Lodu się czuje, jak popada w obłęd, a rzeczy wymykają mu się spod kontroli, dobrze opisuje to, jak czuł się Pen, który uważał, że traci kontakt z rzeczywistością, bo musiał decydować o wszystkim.

Według niego to jaki jest król jest po prostu emanacją tego, jak czuł się sam Ward. To są jedynie dwa przykłady, a tych można mnożyć więcej. Bohaterowie w “Porze na przygodę” są charakterologicznie nakreśleni z nerwem i pomysłem. Niezwykłe jest dla mnie to, że nie są jednowymiarowi – nawet chcący być dobrym człowiekiem Finn. Twórcy bawią się motywami i splatają ze sobą elementy na pozór do siebie nie pasujące. Świetnym przykładem jest Królewna Balonowa, która z jednej strony wydaje się być standardowym przykładem literackiego motywu księżniczki, a z drugiej strony jest często głosem rozsądku, który odziera rzeczywistość z magii posiłkując się nauką. W ten sposób udaje się poruszać aktualne i często trudne tematy takie jak tolerancja, fanatyzm religijny, eksterminacja mniejszości czy właśnie przesądy, z którymi nauka stara się walczyć, ale często przegrywa, bo wiara człowieka okazuje się zbyt silna.

Pora na przygodę
Którym bohaterem jesteś?

Kolejnym elementem, który zwrócił moją uwagę jest fakt, że w przeciwieństwie do wielu produkcji animowanych bohaterowie dojrzewają. Wraz z kolejnymi odcinkami, a tym samym sezonami, można zaobserwować jak zmieniają się za sprawą swoich przygód i przeżyć. Jak dorastają zmierzając powoli w kierunku dorosłości. Nie ma w tym jednak nic złego i choć nie wiem, czy dziecko zauważy, że ich ukochany bohater jest inny niż w pierwszych odcinkach serialu, to dorosły powinien taki zabieg docenić. Być może gdybym “wstrzelił się” z oglądaniem w momencie, gdy byłem nastolatkiem to dorastałbym razem z Finnem, który tak jak każde inne dziecko na początku swojej drogi nie wie o świecie zbyt wiele. Tak jak i my musi się go uczyć, ale jego zadanie jest trudniejsze, bo nie prowadzą go przez meandry życia rodzice. Uczy się na błędach i choć może to się wydać dziwne, to jest do bólu wręcz prawdziwy. Czasami naiwny, czasami porywczy, ale bez przerwy się czegoś uczy i nawet jak dostaje po tyłku, to ostatecznie takie lekcje też są mu potrzebne i chyba możemy uznać, że są najcenniejsze.

Płonące samochody

Pora na przygodę
Tak mniej więcej mogę określić oglądanie tego serialu

To jak wygląda Ooo jest zasługą przede wszystkim jednego artysty. Ghostshrimp lub jak ktoś woli Dan James i Daniel Bandit, to osoba, która pracowała przy serialu przez 3 i pół sezonu i to dzięki jego wyobraźni powstały miejsca takie jak Lodowe Królestwo. Ghostshrimp miał często szalone pomysły czego najlepszym przykładem jest odcinek, w którym Finn i Jake odwiedzają różne wymiary, inne światy. Ostatecznie trafiają do tego, w którym rezyduje Śmierć. I teraz zastanówmy się, co byśmy chcieli tam zobaczyć? Ja mam swoje typy, ale nigdy nie wpadł bym na to, aby okolicę “udekorować” płonącymi policyjnymi samochodami.

Wspominam o tym nie bez przyczyny, bo sukces “Pory na przygodę” to nie tylko Ward, ale cała rzesza ludzi, którzy dodawali do tego serialu część siebie. Każdy ze swoim bagażem doświadczeń i popkulturowych fascynacji dorzucał cegiełkę do tego, co teraz można już nazwać konkretną budowlą. Jednocześnie wraz z kolejnymi sezonami serial staje się nie tylko coraz pełniejszy pod względem elementów składowych, ale i jest coraz mroczniejszy. Zapuszcza się w dziwne rejony, ale co zaskakujące to ciągle jest produkcja, która przy okazji sprawia olbrzymią frajdę podczas oglądania i jest przystępna nie tylko dla widza dojrzałego, ale przede wszystkim dla młodego odbiorcy, dla którego ten serial powstaje.

Nie spodziewałem się, że trafię na serial animowany, który sprawi, że będę siedzieć i zastanawiać się, co autor miał na myśli. Tym bardziej, gdy pomyślę, że ten wyjątkowy serial został stworzony przez człowieka, który najchętniej zamknąłby się w domu, grał w gry i objadał się pizzą. Jak mówią słowa piosenki: “Dziwny jest ten świat”, podobnie jak Ooo.

[tw-button size=”large” background=”” color=”red” target=”_self” link=”https://lekturaobowiazkowa.pl/komiksy/100-najlepszych-komiksow-w-historii-czesc-1/”]100 najlepszych komiksów w historii[/tw-button] [tw-button size=”large” background=”” color=”red” target=”_self” link=”https://lekturaobowiazkowa.pl/na-ekranie/guardians-of-the-galaxy-2-co-wiemy-o-straznikach-galaktyki-2/”]Strażnicy Galaktyki 2 – co wiemy o filmie[/tw-button]
  • Jaki piękny tekst *___* Nawet jak nie jestem regularnym widzem Pory na Przygodę, to jego fenomen jest nie do przegapienia. Też czasami się zastanawiałam do kogo jest ona skierowana, ale ostatecznie wydaje mi się, że jest to po prostu produkcja rodzinna – bo zainteresuje i rodzica i dziecko 😉 I może tak warto by ją było reklamować? Cieszę się też, że dałeś sporo background info – bardzo lubię takie rzeczy czytać 😀
    Co do ciekawych seriali dla dzieci – gorąco polecam Wodogrzmoty Małe / Gravity Falls. Ma dopiero półtorej sezonu, ale fandom jest już silny. Nie dość, że same odcinki są całkiem przyjemnie, to ilość teorii i przewidywań jakie można robić jest wprost oszałamiająca – tam to dopiero każdy szczegół ma znaczenie 😀 I ma cudownego twórcę (Alex Hirsch <3).

    • Dziękuję za komplement 🙂 Co do “Wodogrzmotów Małych”, to jakiś czas temu zwróciłem na to uwagę – podobnie jak na “Steven Universe” – głównie przez to, że wszystkie tytuły w pewnych miejscach się ze sobą łączą. Hirsh pracował razem z Wardem przy “Niezwykłych przypadkach Flapjacka” (kończyli tę samą szkołę), z kolei Rebecca Sugar pracowała przy “Porze na przygodę”. Jedna wielka rodzina 😉

      • To fascynujące, że coś z pozoru tak niepozornego jak seriale dla dzieci mogą tak człowieka wciągnąć – dopiero liznęłam temat, a już czuję, że zostanę dłużej 😉 Wczoraj widziałam Over the Garden Hill, serial o tyle miły, że stanowiący zamknięty całość, która w sumie trwa zaledwie 100 minut (10 odcinków po 10 minut). Też polecam – taki horror dla dzieci o całkiem silnym przesłaniu.

  • Kazashalider

    Jedyne co się nie zgadza to to, że ta “głowa wilka” nie była jakimś wrednym skurczybykiem. Oglądając wszystkie odc do sezony 6 chyba można na niego się napotkać z 3 razy i nigdy nie okazywał agresji. Lubił tylko imprezować, ponieważ był Bogiem Imprez (dokładnej nazwy nie pamiętam). Dodatkowo to zdanie brzmi, jakby był głównym Bogiem w Porze na Przygodę, a nie jest, tylko Sowa. Poza tym artykuł bardzo ciekawy i liczę, że przyciągnie jeszcze większą rzeszę fanów ^^

    • Co do skurczybyka, to ja go tak odbieram, a co do boga, to problem z interpretacją jest taki, że musimy pamiętać o tym, że Bóg jedyny jest w momencie, gdy słowo “bóg” zapiszemy z wielkiej litery. Natomiast każdy inny bóg pozostaje bogiem pisanym z litery małej, a bóg imprez jakby nie patrzeć bogiem jest, a nie Bogiem 🙂

  • Ten serial to – obok “Chowdera” – jedna z tych produkcji CN, która musiała być robiona po narkotykach i której dzieci w pełni nie docenią. Oba seriale trafiają w mój gust.

    • Ciekawostka, o której zapomniałem napisać na końcu, Ward zarzeka się, że nie korzysta z substancji niedozwolonych. To po prostu siedzi mu w głowie 🙂 Za resztę zespołu jednak ręczyć nie mogę 🙂

      • To już chyba wolałbym, aby to było po narkotykach. Jeśli ktoś ma takie wizje w głowie na trzeźwo, to trochę mnie przeraża 🙂

        • Coś w tym jest 🙂 “Chowdera” nie oglądałem. Mówisz, że warto?

          • Obejrzyj tylko jeden odcinek – polski tytuł to “Guma odmieniówa”, a angielski chyba “Grubble gum”. To był pierwszy odcinek jaki widziałem i zrył mi mózg, zwłaszcza finałem 🙂

  • Mumin

    Artykuł porusza jeden z niewielu – a właściwie obecnie jedyny – “serial” jaki oglądam. Nie nazwę tej serii “kreskówką”, ani “bajką”, gdyż najzwyczajniej w świecie nigdy nie traktowałem jej jako takiej. Gdy pierwszy raz natknąłem się na Porę na Przygodę uderzyło mnie zniekształcenie i chaos panujący w Ooo. Tak się wciągnąłem, że w przeciągu jednego tygodnia obejrzałem 4 pierwsze sezony. Polecam go każdemu, dorosłemu i dziecku.

    Jedyne czego czuję niedosyt w artykule jest rozwinięcie kwestii “Jakim cudem jest to skierowane do dzieci?”. Seria ta zawiera bowiem w sobie nie tylko mroczne obrazy niczym z sesji w D&D, ale również problematyka którą porusza. Bardzo często przesłania w odcinkach są skierowane nie do dziecka, a do człowieka.

    Przykładem tego jest odcinek w którym Finn buduje fort z poduszek i prześcieradeł (czy coś podobnego), po wejściu do którego przenosi się do innego świata. Zakłada w nim swoją rodzinę, widzimy jak dorasta, żeni się, wychowuje potomstwo. Na starość jednak wpada w przejście, które przenosi go z powrotem do świata realnego. Zaczyna on rozpaczać nad straconą rodziną. Jake podchodzi do niego i tłumaczy mu że trzeba umieć pogodzić się z utratą cennych i ważnych dla nas rzeczy poprzez wyrzucenie swojego ulubionego kubka za okno.

    Innym przykładem może być stosunek wampirzycy Marceliny i księżniczki Balonowej (czy jakkolwiek brzmią one w polskiej wersji). Są one bowiem bliskimi przyjaciółkami. BARDZO bliskimi. Do tego stopnia, że każdy może dostrzec jak jedna z nich zaczyna się rumienić gdy druga o mówi jaka jest dla niej ważna (lub sławny odcinek, w którym najcenniejszą rzeczą księżniczki jest koszulka ofiarowana przez Marcelinę). Na jednym z konwentów, jedna z aktorek potwierdziła ich biseksualność. Moim zdaniem jest to wspaniałe. Nie chodzi tu nawet o kwestię moralnego poparcia ich bycia ze sobą, tylko o same przedstawienie tego zagadnienia w programie skierowanym do dzieci.

    Jest też wiele innych motywów, które zostały skierowane do różnych grup ludzi. Pora na przygodę pokazuje jak łatwo zranić jest kochaną przez nas osobę (Finn wykorzystujący Flame Princess, nie mam pojęcia jak nazwa tej postaci brzmi po Polsku), pokazuje drastyczną zmianę bliskiej nam osoby (Lodowy król w oczach Marceliny), strach przed założeniem rodziny (Jake i jego dzieci), kobiecą niezależność (Fiona i jej samowystarczalność) oraz mnogą ilość innych problemów z życia codziennego. Jednak tym co czyni akurat TĘ serię lepszą jest to, że wszystkie te “problemy” nigdy nie są głównym wątkiem odcinka, lecz są “owinięte” wokół fabuły.

    Serdecznie pozdrawiam autora, chciałbym aby więcej takich artykułów pojawiało się jako proponowane na moim Facebooku 🙂

    • Co ja mogę napisać jak nie to, że niektóre rzeczy pominąłem, aby znalazł się większy fan ode mnie i napisał taki komentarz, który później będę mógł z czystym sumieniem wyróżnić. Jestem geniuszem zła 🙂

  • Rewol

    Strasznie się źle czuje, gdy to piszę, ale mnie Pora na Przygodę jakoś nigdy nie zafascynowała. Oglądałem odcinki, kupiłem dvd z serialem – i kurczę nic. Serial z pewnością jest dobry, ale humor wydawał mi się zbyt abstrakcyjny i bez kontekstu. (Jest np. odcinek, gdzie pojawiają się cukierki-zombie, bo…. zombie są fajne, zatem dajmy je do serialu.) Doceniam też, ile serial eksperymentuję z formą i motywami, ale wolę np. “Zwyczajny Serial” bo jak dla mnie lepiej zachowuje balans miedzy absurdalnością, a realizmem. Tym niemniej trzeba przyznać, że ostatnie lata były obfite w dobre kreskówki, jak np. Wodogrzmoty Małe, Wszechświat Stevena, czy Ponad brama Ogrodu (szczególnie to polecam).
    Ale sam tekst zrobiony wzorowo,pełen ciekawostek, z masą analizy, aż zachęca do komentowania. Czekam na kolejne teksty o animacjach. ;]

    • Nie ma powodu, aby czuć się źle. Przecież nie każdemu wszystko musi się podobać. Mam sporządzoną listę seriali, o których w przyszłości mam zamiar napisać, więc mam nadzieję, że to nie Twój ostatni komentarz 😉

  • Wojciech

    Oglądam na Cartoon Network ale niestety nie jestem w stanie oglądać regularnie i chronologicznie., dlatego niektórych odcinków nigdy nie widziałęm a inne po 5 razy. Może ktoś wie gdzie mógłbym obejrzeć wszystkie po polsku(mogą być napisy) od pierwszego sezonu do ostatniego? Z góry dziękuję.

  • Nox

    Muszę w końcu zapoznać się z “Porą na przygodę”, chociaż kreska mnie trochę odstrasza. Co do absurdalnych, nie wiadomo do kogo skierowanych, nieraz mocno kwasowych kreskówek (btw. tego słowa nie trzeba używać pejoratywnie), to polecam “Niesamowity świat Gumballa”. Niektóre odcinki są niezwykle “meta”, chociażby epizod,w którym pojawia się limbo, do którego trafiają zapomniane wytwory popkultury (np. spinacz Microsoftu) albo odcinek parodiujący “Jumanji” czy inny, w którym bohaterami są wszelkie przedmioty istniejące w tym świecie. Z kolei absolutnie najlepszym jest “Sczeniaczek” (“Puppy”). Polecam.

    • Oglądałem kilka odc. “Niesamowitego świata” i nie mogę się przekonać. Nie wiem, coś mi nie leży w tym serialu.