Potrzebuję czasu, aby uznać “Blade Runnera 2049” za arcydzieło

Misja nazwana “Blade Runner 2049” od początku wydawała się misją samobójczą. Taką, w trakcie której wszystko powinno pójść nie tak jak trzeba. Tymczasem okazało się, że efekt końcowy jest lepszy niż można się tego było spodziewać. Denis Villeneuve wraz ze scenarzystami Hamptonem Fancherem i Michaelem Greenem przeżyli starcie z legendą. Bo potrzeba nie lada talentu, aby nakręcić sequel do filmu, który uważany jest za jeden z najlepszych i najważniejszych obrazów w historii kina science fiction. “Blade Runner 2049” to z jednej strony udana kontynuacja, a z drugiej film, który mimo wszystko ma własną tożsamość, a przynajmniej wyraźnie stara się nią znaleźć. Rzecz w tym, że po seansie daleki jestem od tego, aby obwołać go objawieniem i arcydziełem kina.

Pan czas

Przed tym, jak wybrałem się do kina, przeczytałem sporo opinii na temat filmu. Większość była niezwykle przychylna, a sądy wydawane na gorąco przez tych, którzy widzieli film przede mną często były hurraoptymistyczne. “Blade Runner 2049” jawił się w nich jak Mesjasz kina science fiction. Film, który ociera się o wielkość. Tam ociera, on tą wielkość zawłaszcza. Tymczasem obraz Villeneuve’a to na pewno ponadprzeciętne kino. Kolorowe neo-noir, które być może za często sięga po protezę w postaci pierwszej odsłony, ale jednocześnie stara się do historii rozpoczętej w 1982 roku dopisać własne rozdziały.

W powyższym akapicie kluczowy jest fragment, w którym wspominam o sądach wydawanych na gorąco. Pod wpływem impulsu, gdy głowa jeszcze pełna jest przemyśleń na temat tego, co właśnie zobaczyliśmy, krzyczymy często, że coś jest wielkie, wspaniałe, ponadczasowe. Przypomina mi się rozpływanie się nad uczestnikami wszelkich talent-shows, w których często nomen omen utalentowani ludzie zostają okrzyknięci objawieniami tylko dlatego, że udaje im się na chwilę porwać publiczność i widzów. Nie będzie jednak odkryciem stwierdzenie, że tylko mała część z nich udźwignie brzemię, jakim zostanie obdarzona przez swój sukces. Z filmami jest podobnie. Są dzieła, które doceniamy dopiero po latach. Są w końcu takie, których tytuły zaraz po premierze nie schodzą z pierwszych stron gazet. Niestety kilka lat później mało kto o nich pamięta.

Blade Runner 2049
Samotność

“Blade Runner 2049” na razie mieści się dla mnie w tej drugiej kategorii. O tym, czy faktycznie jest to arcydzieło będę mógł powiedzieć za jakiś czas. Głównie dlatego, że po pierwszym seansie wiem, jak wiele rzeczy mi umknęło. Pierwszego “Blade Runnera” doceniłem najbardziej po “n” seansach. Głównie dlatego, że za każdym razem zwracam w tym filmie na coś innego. Ciągle go odkrywam. Zarówno w warstwie narracji, jak i tej wizualnej. To dla mnie jest miarą arcydzieła – choć zaznaczam, że nie tylko to. Że obcując z nim niezliczoną liczbę razy bawię się tak samo dobrze. Zrywam kolejne warstwy. Jak w cebuli sięgając po mądrości wygłaszane przez bohaterów Shreka.

Piękno nazywa się Deakins

I tak jak nie jestem pewny, czy “Blade Runner 2049” to arcydzieło jako film w całości, tak jestem pewny, że jest tym arcydziełem w warstwie wizualnej. Roger Deakins stworzył swoje magnum opus. Film, który wygląda, a w zasadzie powinienem napisać WYGLĄDA. Kadry, prowadzenie kamery, gra kolorystyką, skupianie się na planach szerokich, bliskich, umieszczenie na tych planach bohaterów. To jest czysta poezja obrazu. Coś czego nie da się opisać słowami. Świat “Blade Runnera 2049” paradoksalnie choć mroczny jest fantastycznie doświetlony. Jak wspominał w swoim materiale Marcin Łukański z kanału Na Gałęzi są w tym filmie sceny, w których wykorzystano sto niezależnych źródeł światła. Prawdziwy obłęd. Skala, z którą nawet taki mistrz jak Deakins jeszcze się nie mierzył.

Burza piaskowa
To nie jest kadr z filmu, a zdjęcie burzy piaskowej w Sydney. Burza była jedną z inspiracji Deakinsa/Fot. Mrcricket48

O tym, że kadry można oprawiać w ramki napisano już wiele razy. To prawda. Nie ma w tym nawet krzty przesady. Szkoda, że tych ramek nie można obdarzyć dźwiękiem. Nie będę ukrywać, że nie jestem fanem Hansa Zimmera. Nim mnie zlinczujecie napiszę tylko, że to nie oznacza, że go nie cenię. Cenię. Za to co stworzył czapka z głowy, razem ze skalpem. Po prostu jego brzmienia nie do końca mi leżą. “Nie siedzą” tak, jak na przykład to, co tworzą Vangelis, Cristobal Tapia De Veer czy Jóhann Jóhannsson, który według pierwotnego planu miał się zająć muzyką. Plany się jednak zmieniają i ostatecznie za warstwę dźwiękową odpowiada Zimmer wspólnie z Benjaminem Wallfischem. Pierwszego znacie, a drugi stworzył ostatnio muzykę do najnowszej ekranizacji “To” Stephena Kinga. Oprócz tego, że “Blade Runner 2049” wygląda to dodatkowo brzmi. Brzmi kapitalnie. Świetnie buduje napięcie i klimat. Uzupełnia obraz.

No dobrze, ale co poza tym? Co poza dźwiękiem i obrazem oferuje film, który rozkochał w sobie krytyków, ale niekoniecznie box office? Po pierwsze spójną narrację. Może bez porywającego wątku głównego, ale mimo wszystko spójną i prowadzącą widza od punktu A  przez punkt B do punktu C. Zresztą wspomnianego wątku głównego i pierwszy “Blade Runner” nie miał porywającego, więc tutaj wszystko się zgadza. Ma klimat i mimo kolorystyki trzyma się ścieżek przetartych przez poprzednich przedstawicieli kina neo-noir. Angażuje i mimo powolnego tempa sprawia, że ponad dwie i pół godziny seansu mijają bez spoglądania na zegarek. Docenić też należy pracę scenarzystów. CGI jest obecne, ale na szczęście sporo jest w tym wszystkich efektów praktycznych. Scenografii, którą ktoś najpierw zbudował. Niestety, jak mawiał klasyk, nie ma róży bez kolców.

Ciemno, pada, jakieś Chiny

Największym problemem jaki mam z “Blade Runnerem 2049” jest to, co urzeka mnie w jego poprzedniku. Film Scotta oferował w miarę oklepany wątek główny uzupełniając go warstwą filozoficzną. Egzystencjalizm jest obecny od początku, ale nie mam poczucia, że ktoś mi wpycha go do gardła. On po prostu jest. W pewnym momencie środek ciężkości zostaje przerzucony w kierunku wspomnianej filozofii, ale nawet pod koniec jest miejsce dla odpowiedniej konkluzji głównego wątku. Filozofia niejako staje się jego wypadkową. Tego, jak rozwija się historia. Wynika z informacji, które otrzymujemy jako widzowie.

Blade Runner 2049
Mogę być tym, czym chcesz

Tymczasem “Blade Runner 2049” od początku rozgrywa kartę egzystencjalizmu w taki sposób, że nie daje nam nawet na moment zapomnieć o co chodzi. Co jest dla twórców najważniejsze. Ciągle przypomina, zadaje pytania, odpowiada na nie, a później jeszcze raz przypomina. Wskazuje palcem i krzyczy:

To widzu jest ważne pytanie, to jest filozofia. Wiesz, rozumiesz, ale jak nie wiesz, to my Ci to przypomnimy jeszcze szesnaście razy. Spokojnie. Mamy czas.

Na szczęście to i tak jest ciągle lepiej od tego, co robił nolanowski “Interstellar”. Oczywiście wypada mi tutaj zaznaczyć, a w zasadzie przypomnieć, że nie czytacie prawdy objawionej. Czytacie opinię. Do tego dochodzą drobne nieścisłości scenariusza. Szczególnie w jednym momencie mam wrażenie, że nie bardzo było wiadomo jak wybrnąć ze zwrotu akcji, więc uznano, że przymkniemy oczy na to, co działo się wcześniej. To na szczęście nic dyskwalifikującego film, ale skoro staramy się być konsekwentni, to bądźmy konsekwentni.

No to jak z tym “Blade Runnerem 2049” w końcu jest?

Bardzo dobrze jest. Choć nie jest to obraz pozbawiony wad – do nich można dopisać niektóre kreacje aktorskie, jak choćby rolę Robin Wright, która jest tak nijaka, jak to tylko jest możliwe, gdy grasz panią komisarz – to ostatecznie jest to udany sequel, który miał być katastrofą. Nawiązuje do poprzednika, czerpie z tego, co w nim najlepsze, ale jednocześnie nie jest po prostu jeszcze raz tym samym. Przynajmniej stara się nie być. Blockbuster z założenia, a artystyczne kino z przekonania. Nie chcę pisać, że kino ambitne, bo o tym, dlaczego nie lubię używać słowa ambitne kino w stosunku do kina pisałem przy okazji premiery “Nowe początku”.

Blade Runner 2049
Pobili mnie i sobie poszli

Po tym, co zobaczyłem jestem spokojny o ekranizację “Diuny”, która mam na dzieję dojdzie do skutku pod skrzydłami Dennisa Villeneuve’a. Być może z Rogerem Deakinsem za kamerą. Skoro o Deakinsie mowa, to jeżeli on za “Blade Runnera 2049” nie otrzyma Oscara, to osobiście postaram się wytłumaczyć Akademii, że chyba czas leczyć się na nogi, bo na oczy już za późno. Wiem, że Oscary są warte tyle, co moje słowa, czyli dla większości ludzi są nic nie warte, ale mimo wszystko pomijanie Deakinsa przy kolejnych rozdaniach uważam za skandaliczne.

Czy to dobrze, że “Blade Runner 2049” powstał? Dobrze. Teraz mogę napisać, że dobrze. Może nie będzie sukcesem kasowym, ale na pewnych płaszczyznach artystycznie jest to film kompletny. Taki, w którym nikt nie zapomniał postawić kropek i kresek w odpowiednich miejscach. Jeżeli kręcić sequele kultowych dzieł, to tylko takie.

Przeczytaj:

Którą wersję Blade Runnera obejrzeć?
Total
81
Shares
  • No proszę. Przeczytać w ciągu jednego dnia 2 recenzje (Twoją i Kinofilii) które potrafią w sposób rzeczowy oddać to co mi samemu chodziło po głowie po tym filmie, to dopiero trzeba mieć szczęście 😉 Od siebie dodam tylko, że jednak mi brakowało bardziej wyróżniającej się ścieżki dźwiękowej, tak jak było to w przypadku pierwszego BR. Tam muzyka Vangelisa w wielu przypadkach tworzyła ten klimat i bez niej ten film wiele by stracił. Tutaj mi tego trochę brakowało. Nie było źle, wręcz z przyjemnością zostałem na napisach, żeby odsłuchać ja sobie do końca, ale z samego seansu pamiętam na razie tylko dane efekty dźwiękowe. Może po którymś razie (a takich na pewno będzie jeszcze pare) coś mi się bardziej rzuci po uszach 😉

    • Damian Lesicki

      Może na ścieżce dźwiękowej będzie więcej muzyki niż w filmie. Tak było w przypadku oryginalnego filmu, w którym muzyki Vangelisa jest tak naprawdę dość niewiele w stosunku do ilości skomponowanego materiału.