Nie wiesz, co zrobić ze swoim życiem? Handluj ziołem

Większość z Was prawdopodobnie była, a może jest, na etapie zadawania sobie zajebiście ważnego pytania. Co chcę w życiu robić? Szczęśliwy ten, kto na nie odpowie, a później zacznie to robić. Tak jak Nate Norman.

Bo to dobry dzieciak był

Nate ma 18 lat, rozwozi pizzę i tak, ma nadwagę. Oprócz tego uwielbia grać w zielone ze swoim najlepszym kumplem. Kocha matkę i młodszego brata. To wszystko razem jest akceleratorem, który sprawia, że Nate postanawia zmienić swoje życie. Jak sam mówi, trzeba robić coś, co się lubi i na czym człowiek się zna. Nasz bohater nie jest typem sportowca, nie potrafi programować, cholera, ja nawet nie wiem, czy on pisać potrafi. Zna się za to na marihuanie i to na niej oprze swoją przyszłość.

Więcej zdradzać nie będę. Tym bardziej, że cały scenariusz filmu “Kid Cannabis” został oparty o prawdziwe wydarzenia, które miały miejsce w jakiejś zapomnianej przez boga mieścinie w Idaho. Nie wiem czy wiecie, ale w Kanadzie jest zdecydowanie łatwiej kupić marihuanę niż w USA. Szczególną estymą wśród znawców cieszą się efekty upraw z Kolumbii Brytyjskiej, które w skrócie określane są jako “B.C. Bud”. Nate wykombinował, że skoro do zielarskiego raju ma raptem godzinę drogi samochodem, to czemu nie zorganizować sprawnie działającej sieci dystrybucji przez granicę między USA a Kanadą.

Osiemnastolatek był na tyle obrotny i dobrze poukładany, że w ciągu swojej działalności stworzył imperium warte dziesiątki milionów dolarów, a jego kurierzy przenieśli przez granicę około 18 ton marihuany. Jego działalność to wręcz podręcznikowy przykład tego, jak się robi biznes. Kup tanio, sprzedaj drogo i wyeliminuj pośredników. Proste?

Prawda ekranu

Nie wiem na ile “Kid Cannabis” trzyma się prawdziwych wydarzeń, ale mogę Wam zagwarantować, że całkiem przyjemnie obserwuje się losy Nate’a i jego małego narkotykowego imperium. Pod warunkiem, że nie nastawiacie się na jakieś wyjątkowe doznania. Głównie przez to, że wszystko już gdzieś widzieliście. To co tren film wyróżnia, to aktorzy – w wielu wypadkach zobaczycie ich pierwszy raz w życiu – oraz to, że reżyser nie stara się moralizować. Owszem skoro jest zbrodnia, to zapewne jest i kara, ale wszystko odbywa się bez zbędnego grożenia palcem.

To, co Johnowi Stockwellowi nie wyszło to przejście z czarnej komedii, którą film jest na początku, do rasowego thrillera. Nie ma w tym płynności i koncepcji, jak wiarygodnie zmienić ton filmu. Przez to mocniejsze sceny nie wypadają wiarygodnie. Widać to też po grze aktorów, którzy zdają się być uwięzieni w komediowej stylistyce z początku filmu. Stockwell tak bardzo chce być jak De Palma albo Scorsese, że zapomniał o jakimś własnym patencie na poszczególne sceny. Nawet sposób prowadzenia narracji przez głównego bohatera na dłuższą metę męczy nie wnosząc do filmu niczego specjalnego.

Handluj z tym

Ocenę widzicie na dole. Mimo wad ja na “Kid Cannabis” bawiłem się całkiem dobrze. Nie sponiewierał mną, momentami męczył kliszami, które już nawet nie są przypalonym kotletem. To, co mnie trzymało przed ekranem do końca seansu to sympatyczny główny bohater. Nate grany przez Jonathana Daniela Browna jest autentycznie dobrym chłopakiem. Nie chce źle, po prostu tak zarabia na życie. W pewnym sensie trochę mi też zaimponował, bo do samego końca był lojalny wobec swoich przyjaciół i partnerów biznesowych. Nie zdradził ich nawet w zamian za skrócenie wyroku. To robi z niego bardziej słownego gościa niż 99% polityków.

PS. Tu możecie przeczytać artykuł z magazynu “Rolling Stone”, który był jedną z inspiracji filmu.

  • Dobra recka, nie powiem. Ze względu na wysokie cycki – chyba obejrzę. 😉

    • Cycków może nie ma od groma, ale na pewno jest ich więcej niż w innych filmach 🙂