Richard Fleischer – w przedsionku sławy

Jeżeli zadamy pytanie o ulubionego reżysera, to z reguły przewijają się te same nazwiska. Ktoś lubi Burtona, ktoś inny Nolana. Czasem pojawi się Bergman czy Antonioni u tych bardziej obytych w kinie. Jest grupa twórców, która szanse na pojawienie się w takim zestawieniu ma znikome. Reżyserów dobrych i bardzo dobrych, ale którzy przy okazji “nie mają nazwiska”. Nie zapadają w pamięć. To smutne biorąc pod uwagę fakt, że wielu z nich odeszło siedząc w poczekalni. Tej, która powinna prowadzić do sławy.

Hity to nie wszystko

Kimś takim jest Richard Fleischer. Reżyser, który miał okazję pracować ze świetnymi aktorami, który nakręcił kilka klasyków kina przez wielkie K, a który przy okazji jest jednym z najbardziej niedocenionych reżyserów amerykańskich z grupy tych najbardziej utalentowanych. Fleischer swoją karierę zaczynał jeszcze w latach 40. XX wieku od filmów dokumentalnych i krótkometrażowych. To właśnie dzięki filmowi dokumentalnemu zdobył swojego jedynego w karierze Oscara. W 1947 roku otrzymał go za film “Design for Death”. Dave Kehr z “The New York Timesa” dwa lata po śmierci Fleischera, który zmarł w 2006 roku, nazwał go:

Najmniej znanym i najmniej utytułowanym z najważniejszych reżyserów amerykańskich.

To określenie świetnie pasuje do Fleischera, który owszem miał swoje upadki, ale one nie powinny przesłaniać pozostałych jego osiągnięć. Do wielkiego kina dostał się za sprawą Walta Disneya. To twórca Myszki Miki poprosił Fleischera o wyreżyserowanie ekranizacji jednej z najbardziej znanych powieści Juliusza Verna, czyli “20.000 mil podmorskiej żeglugi”. Była to o tyle ciekawa propozycja, że w rodzinie Fleischerów nazwisko Disney nie było mile widziane. Wynikało to z tego, że ojciec Richarda był jednym z pionierów animacji, ale tak się złożyło, że przy okazji był konkurencją dla Disneya. Max Fleischer i niektórzy członkowie rodziny pracowali m.in. przy animacjach z takimi postaciami jak Popeye czy Betty Boop, którzy narodzili się w murach Fleischer Studios. Niechęć do Disneya była tak mocno zakorzeniona w rodzinie, że kiedy Richard otrzymał wspomnianą propozycję odpowiedział, że najpierw Walt musi zapytać o zdanie jego ojca. Na szczęście dla kariery reżysera Fleischer senior uznał, że praca dla rywala nie będzie problemem i tym samym nie stanął na drodze do chwały własnego potomka.

20.000 mil podmorskiej żeglugi
Kadr z filmu “20.000 mil podmorskiej żeglugi”

Tym samym Richard dostał zielone światło i świetnie wykorzystał otrzymaną od Disneya szansę. Film, w którym w rolę Neda Landa wcielał się sam Kirk Douglas, okazał się gigantycznym hitem. Nie dość, że na siebie zarobił, to jeszcze skończył sezon z dwoma Oscarami. Za efekty specjalne i scenografię. Od tego momentu Richard Fleischer trafił do pierwszej ligi i mógł swobodnie przebierać w ofertach. Tym samym dostał okazję pracować z najlepszymi aktorami. Wystarczy wspomnieć o:

  • “Wikingach” z Tonym Curtisem i znowu z Douglasem.
  • Nominowanym do Złotej Palmy filmie “Bez emocji”, gdzie jedną z ról grał sam Orson Wells, a partnerował mu Dean Stockwell.
  • “Barabaszu” z fantastycznym Anthonym Quinnem.
  • “Che!”, gdzie główną rolę grał Omar Sharif.
  • “Conanie Niszczycielu” z Arnoldem Schwarzeneggerem.
  • “The Jazz Singer” z Laurencem Olivierem.
  • Czy wojennym klasyku “Tora, tora, tora!”, który reżyserował wspólnie z  Toshio Masudą i Kinjim Fukasaku. Para z Japonii odpowiadała za część opowieści z perspektywy mieszkańców Kraju Kwitnącej Wiśni, a Fleischer reżyserował część amerykańską.

Przez całą swoją karierę sięgał po różne gatunki. Od wspominanego filmu wojennego, przez dramaty historyczne, musicale (“Doktor Dolittle” z 1967 roku to jego film), westerny, horrory czy fantasy. Często to, co nakręcił okazywało się hitem, nie narzekał na brak propozycji, ale do świadomości przeciętnego widza nie przebił się tak, jak na przykład zrobił to Wells. Co w takim razie się stało?

Czerwona Sonja
Kadr z filmu “Czerwona Sonja”

Po pierwsze praca

W wydanej w 1993 roku autobiografii zatytułowanej “Just tell me when to cry” sporo miejsca poświęcił wszystkim gwiazdom, z którymi pracował. Zrobił to, bo zdawał sobie sprawę z tego, że przeciętna osoba bardziej zainteresowana jest tym, jak zachowywał się na planie Omar Sharif niż to, kim do cholery jest Richard Fleischer. Smutne? Być może, ale on po prostu podchodził do swojej pracy inaczej niż wielu jego kolegów po fachu. Po pierwsze w branży nie znalazł się przypadkiem. Po drugie potrafił świetnie znosić humory gwiazd, z którymi pracował. Był fachowcem, który nie miał potrzeby stawiania się na pierwszym planie. Dostawał zlecenie, jechał na plan, kręcił film i odbierał kolejne zlecenie. Choć brzmi jak rutyna zwykłego wyrobnika, to w rzeczywistości było po prostu jego sposobem pracy. Talentu nikt nie mógł mu zabrać, ale jednocześnie nie poszukiwał na siłę wyzwań, które wyzwolą go artystycznie. Z tego powodu w jego filmografii znajdziecie filmy wybitne, ale i zwykłe komercyjne produkcje, które są co najwyżej średnie, a ich celem było na siebie zarobić.

Nie oznacza to jednak, że nie miał w sobie duszy artysty, który ma swoje małe miłostki. Jedną z nich w przypadku Fleischera byli przestępcy. Nakręcił trzy bardzo ważne filmy traktujące o mordercach:

  • “Dusiciela z Bostonu” z Tonym Curtisem i Henrym Fondą, w którym zaprezentował przypadek Alberta De Salvo, który mordował na wschodnim wybrzeżu Stanów, w latach 1962-1964.
  • “Dom przy Rillington Place 10”, w którym opowiadał historię seryjnego mordercy Johna Reginalda Christiego (w tej roli Richard Attenborough, a inną z gwiazd był John Hurt). Christie w drugiej połowie lat 40. zwabiał młode kobiety do swojego mieszkania w Londynie. Tam otruwał je przy pomocy gazu, a później uprawiał seks z ich ciałami.
  • Wspominane już “Bez emocji”, które oparł na sprawie Leopolda i Loeba, studentów medycyny, którzy postanawiają popełnić morderstwo doskonałe.

Jego mordercy, to zwykli ludzie. Praktycznie niewidoczni, niczym nie wyróżniający się mężczyźni. Dla niego nie liczyło się pokazywanie umęczonych istot, które morderstwami starają sobie poradzić z trudnym dzieciństwem. Dla Fleischera najważniejszy był akt i fakt, że przemoc nie jest domeną wariatów czy potworów, którymi staramy się uczynić każdego mordercę. Jest domeną każdego z nas. Dobrym przykładem tego podejścia jest jeden z jego najlepszych filmów i tym samym jeden z najlepszych filmów na temat niewolnictwa w historii, czyli “Mandingo”, gdzie pokazał tragedię wynikającą z handlu ludźmi. Obraz przerażający, bo nakręcony jakby bez emocji, pokazujący przemoc wobec drugiego człowieka z czymś, co niektórzy mogą nazwać obojętnością. To tam rolę mordercy, który nie ma twarzy, nie odgrywała jedna osoba, ale cały system, społeczeństwo godzące się na ucisk innych z powodu ich koloru skóry.

Film "Mandingo"
Kadr z filmu “Mandingo”

Ta fascynacja przemocą i morderstwami znajdywała odbicie w stylu reżysera. Samo podejście do przemocy stało się jednym ze znaków rozpoznawczych reżysera. Prezentował ją w sposób dosadny, bez ogródek, ale i bez specjalnego przesadzania, czy ubarwiania całości. Zawsze starał się podkreślić fakt, że śmierć, która jest następstwem przemocy jest nieunikniona. Przy okazji warto zaznaczyć jego przywiązanie do kwestii technicznych filmu. Nieprzypadkowo bowiem produkcja, która otworzyła mu drzwi do pokoju zarezerwowanego dla najlepszych reżyserów zgarnęła Oscara za efekty specjalne i scenografię. Fleischer zwracał baczną uwagę na efekt końcowy. Na odpowiednie prowadzenie kamery czy układ kadru. Zwrócił na to uwagę Ben Sachs:

Spójrzmy na trzy filmy nakręcone między 1954 i 1955 roku, czyli “20.000 mil podmorskiej żeglugi”, “Krwawa sobota” i “The Girl in the Red Velvet Swing”, a zobaczymy pewną ciągłość. Wszystkie nakręcono w Technicolorze i CinemaScope dają poczucie, że strona techniczna miała większy wpływ na podejście Fleischera do materiału niż gatunek, w którym kręcił. Pierwszy film to rodzinny film przygodowy, Sobota to kino noir, a Red Velvet Swing to melodramat, a mimo to wszystkie trzy są wciągającymi, kolorowymi spektaklami, w których dramat rozgrywa się między pięknie ozdobionymi ścianami.

Był w końcu Fleischer jednym z pierwszych naturalistów w kinie amerykańskim. Właśnie poprzez przytaczane podejście do przemocy i skupianie się na lokacjach, w których przyszło mu kręcić. Często wynikało to z tego, że miał ograniczony budżet, więc jego filmy momentami przypominały dokumenty, co wprowadzało specyficzny i charakterystyczny dla jego kina klimat.

Warto pamiętać

W twórczości Fleischera pociąga mnie najbardziej jedna rzecz. Jego namacalny wręcz pociąg do odkrywania nowych rzeczy i próbowania się w gatunkach, w których można opowiedzieć ciekawą historię. Sam zresztą przyznał w jednym z wywiadów, że interesuje go dosłownie wszystko. Od kryminologii przez kwestie techniczne realizacji filmów po gatunki tak egzotyczne, dla niektórych twórców, jak fantasy. Chciał kręcić filmy, robił to, ale nie starał się za wszelką cenę nakręcić kolejnego przełomowego dzieła. Był trochę w cieniu. Schowany za ego gwiazd, z którymi przyszło mu pracować. Na pewno należy mu się więcej uwagi i choć nie wierzę w to, że ktoś z Was po przeczytaniu tego tekstu będzie wymieniał Fleischera przy Burtonie czy Nolanie, to pamiętajcie o nim, bo świat kina nie kończy się na nazwiskach, o których nie można już napisać nic nowego.

Przeczytaj:

[button color=”red” size=”big” alignment=”none” rel=”follow” openin=”samewindow” url=”https://lekturaobowiazkowa.pl/na-ekranie/kino-nowej-przygody/”]Co to jest kino nowej przygody[/button] [button color=”red” size=”big” alignment=”none” rel=”follow” openin=”samewindow” url=”https://lekturaobowiazkowa.pl/na-ekranie/10-nowych-filmow-na-ktore-warto-czekac-do-2016/”]Filmy, na które warto czekać w 2016/button]