“River” – portret człowieka umęczonego

Umęczonych policjantów oglądałem setki razy. Mniej lub bardziej przekonujących. Bawiło mnie to, że często, aby pokazać nam, jak bardzo zmęczony życiem jest dany glina należy wpychać go w szpony nałogów i kolejnych problemów. A przecież można inaczej. Lepiej. Subtelniej. Czasami wręcz wystarczy aktor i jego twarz. Takim aktorem jest Stellan Skarsgård, który w serialu „River” gra główną rolę.

Duchy moich zmarłych

Nie będzie wielkim spoilerem, gdy napiszę, że grany przez Skarsgårda John River – swoją drogą jego kolega po fachu z serialu „Luther” też ma na imię John – to postać tragiczna. Nawiedzany jest bowiem przez wspomnienia o sprawach, które są w toku, a których nie udało mu się rozwiązać. Odwiedzają go zmarli, ale to czy tak jest, czy nie musimy odkryć sami. Choć brzmi to dość banalnie, to na szczęście nie mamy do czynienia z kolejnym serialem, w którym duchy mu pomagają, a on jest kimś w rodzaju medium. Nic z tych rzeczy. River cierpi, a my cierpimy razem z nim, bo zaprawdę powiadam Wam, że już dawno w telewizji nie widziałem bohatera, który byłby aż tak psychicznie zniszczony. Wynika to z tego, że Stellan Skarsgård daje prawdziwy popis aktorstwa i pokazuje wszystkim młodszym kolegom po fachu, że milczeniem, gestem, oczami można zagrać więcej niż grymasem zmęczenia podczas ściskania flaszki wódki i bezsensownym pomrukiwaniem.

„River” jest męczący i nie pozostawia obojętnym na pytania dotyczące kondycji psychicznej każdego z nas i tego, jak szaleństwo może wpływać na nasze życie i tych, z którymi przychodzi nam koegzystować. Klimat serialu to spora zasługa Abi Morgan, która już przy okazji kontrowersyjnego „Wstydu” z Michaelem Fassbenderem pokazała, że portrety uzależnionych i zmemłanych fizycznie i psychicznie ludzie wychodzą jej fenomenalnie.

To mój pierwszy serial policyjny – i prawdopodobnie ostatni. Czapki z głów przed tymi, którzy potrafią je kręcić i w nich grać. Przy drugim odcinku musieliśmy wszystko wywalić do kosza i na kilka tygodni przed zdjęciami zacząć wszystko od początku. Ponieważ źle to zrozumiałem. – Stellan Skarsgård

Słowa gwiazdy „Rivera” o tym, że podziwia tych, którzy dają radę kręcić seriale policyjne – choć pewnie miał na myśli głównie dramaty – wynikają z tego jak wymagająca jest jego rola. Morgan serwuje nam nie tyle kolejny procedural, co mieszaninę psychodramy, szaleństwa i kryminału podlanego obfitym sosem halucynacji. To bardzo udany miks nordyckiego kryminału z tradycyjnym serialem brytyjskim. Klimat Skandynawii miesza się tutaj z tym wyspiarskim.

Choć teoretycznie gra na schemacie starego, doświadczonego policjanta i jego partnera, to nic tu nie jest oczywiste. Partner oczywiście jest, ale jego rola sprowadza się do tego, że stara się przetrwać u boku udręczonego Rivera. Zresztą fani serialu “Utopia” powinni być zadowoleni, bo w rolę wspomnianego partnera wciela się Adeel Akhtar, czyli Wilson Wilson. Jest też przełożony policjanta, którego nikt nie lubi, ale nie ma tu tradycyjnych relacji z cyklu kłócimy się, czasem jest śmiesznie, a czasem strasznie. W centrum jest John, a tło zmienia się i stara sobie poradzić z jego psychozami.

Oferowano mi wiele ról w seriach policyjnych. Zawsze je odrzucałem, bo strasznie nudzi mnie ich proceduralna strona. Tu wszystko jest w tle, a na pierwszym planie jest człowiek z problemami psychicznymi.

River
River/Fot. BBC One

Wszystkie moje paranoje

Problemy Rivera udzielają się widzowi i momentami łapałem się na tym, że ciężko mi było patrzeć na kolejny atak halucynacji, nawet ten najkrótszy. To, co dzieje się w tle to przede wszystkim nawiedzające go duchy oraz ludzie, którzy widzą to, czego River nie widzi, gdy zmaga się ze swoimi problemami. Widzą wariata, a przynajmniej bardzo często tak myślą. I my też tak myślimy. Raz nas irytuje, a raz mu współczujemy. Obrazu szaleństwa dopełniają aktorzy, którzy przewijają się co jakiś czas w roli cierni w duszy Rivera. Na szczególną uwagę zasługuje tu Eddie Marsan, który wciela się w seryjnego mordercę doktora Thomasa Creama. Jest to postać autentyczna, a sam Cream mordował swoje ofiary w XIX wieku. Kim był? Kimś, kto jest mocno związany przypadkiem Kuby Rozpruwacza, ale od początku.

Cream był lekarzem, który specjalizował się w wykonywaniu aborcji. Niestety miał pewną słabość. Otóż przy okazji zdarzało mu się od czasu do czasu używając trucizny zabijać swoich pacjentów. W 1881 roku udowodniono mu morderstwa. Żeby było śmieszniej Cream się tym specjalnie nie przejął. Ba, on zabiegał o uwagę stróżów prawa i osób postronnych. Był wręcz zadowolony, że tak dużo tej uwagi udaje mu się na sobie skupić. Odsiedział wyrok w więzieniu stanowym Joliet (stan Illinois) i później wrócił do Londynu – wyszedł za dobre sprawowanie. Niestety powrót do Anglii nie sprawił, że porzucił swoje “hobby”. Dalej mordował. Ostatecznie złapany został skazany na śmierć przez powieszenie. Kiedy wykonywano wyrok, tuż przed tym, jak lina zacisnęła mu się na gardle, zdążył tylko krzyknąć:

Jestem Kubą…

Problem w tym, że gdy Kuba Rozpruwacz siał postrach na ulicach Cream siedział w więzieniu. Choć są teorie, że udało mu się uciec z więzienia wcześniej podstawiając sobowtóra. Jego słowa mogły być przyznaniem się do winy, ale mogły też być kolejną próbą zwrócenia na siebie uwagi. Ten ostatni raz. Wróćmy jednak do postaci granej przez Marsana. Wiktoriański seryjny zabójca pojawiający się od czasu do czasu to nic innego jak alegoria strachu przed przyszłością. Cream jest po prostu wszystkim tym, czego John się boi, a że czytał na jego temat to strach przybrał postać naszego truciciela z Lambeth. Obecność Creama w scenariuszu do twórczyni serialu, która przyznaje, że chciała umieścić taką postać trochę na przekór wszystkiemu. I choć na pierwszy rzut oka może się to wydawać dziwaczne, to na drugi i trzeci świetnie pasuje do klimatu całej opowieści.

Eddie Marsan
Eddie Marsan w “River”/Fot. BBC One

Podobnie jak towarzyszące Johnowi kobiety. Zielonooka Jackie ‘Stevie’ Stevenson grana przez Nikolę Walker, partnerka Johna i jego jedyna przyjaciółka, która jak mało kto rozumie problemy i cierpienie swojego kolegi.  Chrissie Read grana przez Lesley Manville, która jest nie tylko przełożoną Johna, ale i bliską znajomą. Kobieta ze swoimi demonami, która stara się, aby jej życie nie wymknęło się spod kontroli. Jest w końcu doktor Rosa Fallows, w którą wciela się Georgina Rich. Dyskretnie zafascynowana bohaterem, a może po prostu mu współczująca i starająca się pomóc.

Jesteś prawdziwy czy nie?

Czy “River” spodoba się każdemu? Nie. Jednych odrzuci powolnie budowane napięcie i momenty dłużyzn. Innych fakt, że jako serial policyjny mało w nim emocji stricte związanych z rozwiązywaniem sprawy. One oczywiście są, ale mimo wszystko sprawy rozwiązywane przez Rivera to tylko jeden filar całej opowieści. Ważny, ale nie najważniejszy. W takim razie dla kogo jest “River”? Dla wszystkich, którzy mają dość sztampowych procedurali, gdzie z odcinka na odcinek rozwiązujemy kolejne sprawy, a w tle jest jakaś większa, często pozbawiona sensu, intryga. Taka, która ma w zwyczaju ciągnąć się przez najbliższe osiemdziesiąt sezonów z finałem, który uwłacza zdrowemu rozsądkowi. “Rivera” polecam z całego serca, ale jednocześnie uprzedzam, że sprawdzacie na własną odpowiedzialność.

PS. I jak ktoś przyjdzie kiedyś i napisze mi, że obejrzał, ale jest rozczarowany motywem wizji Rivera to go znajdę. Bo na sam koniec powtórzę jeszcze raz. Wizje mają określoną symbolikę i są wyjątkowo mocno związane z osobowością Rivera. Można wręcz rzecz, że są emanacją jej emanacją.