Film Spectre
Plakat promujący "Spectre"/Fot. Materiały prasowe Forum Film Poland Sp. z o.o.

Co bym zrobił, aby Spectre stało się lepszym filmem

Mam na imię Marcin i jestem bondofilem. Nie wiem, czy istnieje takie słowo. Zapewne nie istnieje, a jak nie istnieje to właśnie zaczęło istnieć i ja jestem jego twórcą, więc kłaniajcie mi się w pas. Na każdy film o Agencie Jej Królewskiej Mości czekam jak ZUS na nasze pieniądze. Na “Spectre” Sama Mendesa też czekałem. Nawet pomimo tego, że “Quantum of Solace” męczyło mnie niemiłosiernie, a “Skyfall” uznaję za tylko ciut lepszego Bonda. Do premiery przygotowałem się tak, jak M przykazała. Przez prawie trzy tygodnie oglądałem bondy. Przynajmniej jeden dziennie. Okazało się, że na tych po prostu świetnych nadal bardzo się dobrze bawię – “Goldfinger” taki piękny. Z kolei na tych, o których lepiej zapomnieć mam skłonności samobójcze. Moje uczucie do Bonda nie wygasło. Choć poprzednie zdanie ma w sobie nutę homoerotyzmu, to przyznaję, że James Bond ma i będzie miał specjalne miejsce w moim sercu. Nie zmieniło tego nawet to, że od czasu “Casino Royale” muszę oglądać zmęczonego Daniela Craiga, który nie potrafi być zabawny nawet, gdyby zajebisty dowcip zderzył się z nim czołowo. “Spectre” tylko mnie w tym przekonaniu utwierdziło. Dlatego poniżej znajdziecie kilka rad, co zrobić, aby film Sama Mendesa był lepszy. Sam, mam nadzieję, że to czytasz. Widzimy się w Los Angeles za tydzień, to sobie pogadamy przy piwku i ja ci powiem, że znowu w życiu ci nie wyszło. Jak mówią słowa piosenki. Bardzo dobrej. Puszczę ci. Zakochasz się.

Uwaga! Tekst zawiera spoilery. Jest też zabawny. Miejscami. No ale ma spoilery, więc musisz zdecydować czy chcesz czytać, bo tekst jest zabawny – miejscami – i masz w dupie spoilery, czy wolisz przestać czytać, bo spoilery. W drugim wypadku pamiętaj, że nie wiesz co tracisz. Bo tekst jest zabawny – miejscami – a spoilery aż takie straszne nie są. No dobra, są. Żartowałem. No widzisz. Już jest zabawnie. A to dopiero początek.

Sekwencja początkowa, czyli dobre złego początki

Spectre - plakat
Świetna maska ze świetnej sceny/Fot. Plakat promujący Spectre

Pierwsza scena “Spectre” to małe dzieło sztuki. Początek kręcony jednym ujęciem w trakcie Święta Śmierci w Meksyku w rytm hipnotyzującej muzyki zapowiada bardzo dobrą zabawę – wiecie, że autor zdjęć Hoyte Van Hoytema studiował w Łodzi? Jest przy tym ukłonem w kierunku klasycznych odsłon serii – “Żyj i pozwól umrzeć” na ten przykład – i to jest świetne. Cytaty są świetne. Szczególnie jak są dobrze zrealizowane. Pomyślałem, cholera nie może być źle. Taki nowy Bond w starym stylu. Później jest piosenka tytułowa wykonywana przez Sama Smitha. Nie wiem czy wiecie, ale Sam Smith jest jedynym wokalistą na świecie, który potrafi śpiewać w duecie bez partnera. W tym wypadku partnerski. W utworze do “Spectre” słychać to naprawdę dobrze i to jest tak naprawdę duet. Z tą różnicą, że tu Sam śpiewa sam. W połączeniu ze świetnie zrealizowaną stroną graficzną to jest dobre intro. Chyba najlepsze w erze Craiga. W tym miejscu straciłem czujność. Uznałem, że ci, którzy krytykowali “Spectre” przesadzali. Jezu, jaki ja byłem głupi.

I tak ominiemy kolejne 130 minut i przejdziemy do mojego DIY, czyli co bym zmienił, aby “Spectre” stało się lepszym filmem.

Kroki

Lekarstwa dla Craiga – Daniel Craig nie jest złym Bondem. Pisałem już o tym, że nie ma złych Bondów. Craig nie jest też złym aktorem, ale w “Spectre” męczy się niemiłosiernie. Cały czas gra tak, jakby doskwierało mu naprawdę potężne zatwardzenie. Gdy biega z bronią lub się bije, lub to i to, odnoszę wrażenie, że zaraz pęknie mu żyłka. Wyjścia są w takim wypadku dwa. Albo dajemy mu środki na przeczyszczenie, albo skracamy jego męki jednym strzałem w głowę.

Zjeść ciastko i mieć ciastko – Nie da się. Nie da się mieć ciastka i zjeść ciastka. Chyba, że macie dwa ciastka. Mendes nie miał. Chciał nakręcić film, który z jednej strony będzie jak trzy poprzednie, a z drugiej postara się nawiązywać do filmów z Connerym czy nawet Brosnanem. Tak się nie da. To znaczy może się da, ale nie tutaj. Zamiast udanego filmu wyszedł nam potworek, który nie za bardzo wie, kim chce być jak dorośnie.

Mniej mowy trawy – Dialogi. Rany boskie. Całe sceny prowadzące akcję absolutnie donikąd. I takie same dialogi. Moim absolutnym faworytem jest rozmowa w wagonie restauracyjnym pociągu, który jak się później okazało zmierzał do stacji w Kutnie na środku pustyni. Wygląda to tak, mniej więcej, choć pewnie mniej niż więcej:

  • MS: Dlaczego jesteś taki samotny i zabójczo przystojny James?
  • JB: Nie chce mi się o tym gadać.
  • MS: O jejku, alkohol. Taki męski.
  • JB: Dla mnie też.

I nagle bang. Wpada wielkolud, który w tym filmie wypowiedział jedno słowo i rozpiździa cały wagon. To nic, że nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znikają inni pasażerowie pociągu. Na pewno gdzieś uciekli, tylko gdzie można uciec w pociągu? Jest też fantastyczna scena z Moniką Bellucci. Pomijam nawet to, że rozpoczyna się od niebezpiecznego balansowania na granicy gwałtu. Nie wiem po co ona tam jest. Tym bardziej, że postać Moniki po prostu znika z fabuły. Puff i nie ma. Może ją zabili?

Tu dochodzimy do bardzo ważnej rzeczy, która pomoże “Spectre”. Należy wyciąć jakieś 30-40 minut materiału. Pozbyć się dłużyzn i film byłby jak ta lala. Choć nie, nie byłby, bo nawet scena pościgu w Rzymie jest nudna, a jak scena pościgu jest nudna, to coś tu zdrowo nie bangla.

Spectre
Jaka piękna katastrofa/Fot. Materiały prasowe

Wyciąć Andrew Scotta – Bardzo lubię Scotta. Już nawet nie za Moriarty’ego, ale za całokształt. Niestety w “Spectre” jego rola została spłaszczona. I to bardzo. Grany przez niego “C” musiał mieć rodziców, którzy mocno siedzieli w stolarce, bo ich syn ma w sobie tyle życia, co płyta wiórowa. Jest dramatycznie. Niepotrzebnie i tym samym smutno, że się nam Scott marnuje.

Wincyj kotów! – Skoro jest Scott. To jest i Waltz. Christoph Waltz znowu gra Christopha Waltza. Niestety jedynym reżyserem, u którego maniera Austriaka wygląda naturalnie jest Quentin Tarantino. W każdym innym filmie, w którym kolejny raz gra Hansa Landę, wygląda tak, jak jakby trafił na plan przez przypadek. Wlazł nie na ten plan, co trzeba. Na szczęście mam rozwiązanie. Gdyby kot Bloefelda skrzyknął kolegów i oni by naszego szalonego Waltza zagryźli, to byłoby coś. Oczywiście okazałoby się, że to kot stoi na czele Widma.

Choć Waltz szramę miał fachową. To trzeba oddać.

No i jest jeszcze sprawa borowania. Pierwszą rzeczą jaką bym wybudował w mojej tajnej bazie pośrodku niczego byłby fotel dentystyczny do borowania w głowach pacjentów. Nie wiem po co mu ten fotel. Wygląda jakby zbudował go specjalnie dla Jamesa. Musiał go bardzo kochać.

Q – Tu nic bym nie zmieniał. Ben Whishaw jako Q to po prostu dobry wybór. To jest kwatermistrz odpowiedni na nasze czasy. Podoba mi się odwrócenie proporcji wieku, gdy to Q jest tym młodszym. Q dostaje okejkę.

Więcej luzu – Być może naszym chłopakom brakuje luzu, ale to Bond ma jego konkretny deficyt. Nawet Timothy Dalton miał krótszy kij w dupie, a to jego się krytykuje za bycie zimnym mordercą.

Nie łączmy czegoś, co nie powinno być połączone – Wszystkie Bondy z Craigiem, to tak ta sama historia. Ciekawy eksperyment, który nie wypalił. Dlaczego nie wypalił jest tematem na osobny tekst, ale zdecydowanie lepiej dla serii, jak jeden film, to jedna historia. Jak książki. A książki przecież są super.

Wróćmy do klasyki – Poważny Bond był spoko, ale jako jednorazowy strzał. Zresztą sam Craig i Judi Dench już przy okazji kręcenia “Quantum of Solace” sugerowali, że powinno się wrócić do elementów decydujących o tym, że Bond jest Bondem. Na szczęście ten punkt zostanie wcielony w życie, bo kolejne filmy mają być ukłonem w stronę klasycznych pozycji w serii.

Rozpisałem się. Nadal kocham Jamesa. Nic się nie zmieniło. Idris, liczę na ciebie.

Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed
More Stories
“Line of Duty” świetny serial kryminalny, którego najpewniej nie oglądasz, a powinieneś