Recenzja filmu Spider-Man: Homecoming
Spider-Man: Homecoming

“Spider-Man: Homecoming”, czyli witaj w domu Peter

Zastanawiałem się, czy w ogóle pisać recenzję „Spider-Man: Homecoming”. Możecie ich bowiem przeczytać i obejrzeć od groma. Moja nie będzie się niczym wyróżniać. No może poza tym, że jest moja. Zacznijmy od tego, że po filmie nie spodziewałem się absolutnie niczego. Od dłuższego czasu jestem już zmęczony kolejnymi przygodami dzielnych bohaterów w kolorowych kostiumach. Jeszcze nie nastąpił kompletny przesyt, ale jestem już blisko. Dlatego do “Spider-Man: Homecoming” podchodziłem trochę jak pies do jeża. Z ciekawością, ale i ostrożnością. Na całe szczęście film w reżyserii Johna Wattsa mimo wszystko zaskakuje. Pozytywnie. Pozwala też wierzyć w to, że uniwersum bohaterów Marvela ma jeszcze kilka asów w rękawie. Jak mówił klasyk, jeszcze będzie przepięknie. Momentami.

To jest mój Peter Parker

Dla dzieciaka wychowanego na komiksach wydawanych przez TM-Semic Spider-Manem był Peter Parker z liceum. Superbohater, ale taki, z którym mógłbyś się zakumplować, gdybyście chodzili do jednej szkoły. Nastolatek z problemami podobnymi do Twoich. Zresztą to wielu fanów Pająka stawia za jeden z powodów, dlaczego łatwiej było im się utożsamiać z Parkerem niż z Tonym Starkiem czy Brucem Waynem. Poprzednie filmy prezentowały nam Parkera, ale był to Parker “udawany”. Znikała gdzieś jego młodzieńcza naiwność, problemy i fascynacje. Uleciała gdzieś esencja tej postaci. W tym miejscu chciałbym zaznaczyć, że to nie tak, że nie lubię filmów Raimiego, czy tych Marka Webba. Lubię. Drugiego “Spider-Mana” Raimiego nawet bardzo. Nie odnajdywałem tam tego, co pokochałem w młodości w tej postaci. Wiem, że to naiwne, a może i krzywdzące dla wspomnianych filmów, ale tak już mam. Zresztą każdy z nas tak ma, tylko czasami nie potrafimy się do tego przyznać.

Spider-Man: Homecoming
Fot. Columbia Pictures

I choć film Wattsa nie jest dziełem przełomowym, to na pewno oferuje tego Pająka, którego poznałem lata temu. Dostosowanego do współczesności, korzystającego ze smartfonów, vlogującego, ale pierwszy raz uwierzyłem, że to nastolatek, a nie jakiś przebieraniec. Nawet pomimo tego, że grający go Tom Holland skończył dwadzieścia lat. Istotną rolę w jego życiu odgrywa szkoła. Spider-Man w tej inkarnacji nie jest postacią ratującą co wieczór świat. Nie jest nawet bohaterem całego Nowego Jorku. To zamaskowanych mściciel na poziomie dzielnicy. Zresztą nawet słowo mściciel nie ma tutaj zastosowania, bo Parker większość czasu zajmuje się uganianiem za złodziejami portfeli czy pomaganiem zbłąkanym mieszkańcom. Powiecie, że to głupie? No nie, bo ktoś musi tym ludziom pomóc. To orzeźwiające, gdy widzi się postać skupioną na przyziemnych problemach, a nie walkach z kosmitami z innego wymiaru. Friendly Neighborhood Spider-Man pełną gębą.

Charyzma i “niedokończone” kobiety

W kinie superbohaterskim trudno doszukiwać się miejsca na postacie, które będą definiować kino na długie lata. Na szczęście z odpowiednimi aktorami można z na pozór płaskich postaci uczynić coś na co dobrze się patrzy. I tak jak Tom Holland wypada wiarygodnie jako jarający się swoimi mocami nastolatek, tak wiarygodnie wypada jego główny adwersarz. Choć Sęp nie jest wrogiem, który zapisze się w historii kina tak jak na przykład Hal 9000, to dzięki charyzmie Michaela Keatona da się na niego patrzeć bez zgrzytania zębami. Jego motywacja jest prosta jak konstrukcja cepa, ale przy okazji jest też totalnie szczera. Tooms Keatona nie ubiera swojego działania w jakieś wydumane mambo dżambo. On po prostu zarabia pieniądze, bo rodzina ma swoje potrzeby. On zresztą też. Nie jest geniuszem zła. Jest wkurzonym, zawiedzionym, obywatelem.

Michael Keaton
Fot. Columbia Pictures

Nieźle wypadają znajomi Petera, którzy stanowią istotną część życia młodego Parkera. W końcu mimo tego, że zdarzyło mu się obić Kapitana Amerykę to ciągle musi chodzić do szkoły. Bardzo tego nie chce, bo przecież ratowanie świata jest ciekawsze, ale czy nie tak myśli każdy z nas? Najbliższe bohaterowi grono jest w większości wypadków jakieś. Przy okazji mam jednak wrażenie, że na postacie kobiece – może z wyjątkiem sardonicznej Michelle grana przez gwiazdkę młodego pokolenia Zendayę – nie było do końca pomysłu. Ciocia May przewija się od czasu do czasu na ekranie, ale jej obecność wnosi do całej opowieści gładkie i okrągłe nic. Obiekt westchnień Petera również. Nawet wspomniana Michelle choć zapowiada się ciekawie, to tutaj potraktowana została jako bohaterka, która ma zaznaczyć swoją obecność i przygotować widza na to, że więcej na jej temat będzie, ale pewnie w kolejnym filmie.

Takie „niedopisanie” kobiet delikatnie maskuje klimat relacji między postaci. Czuć w tym inspirację kinem opowiadającym o dramatach młodych bohaterów. Może nie jest to „Klub winowajców”, ale przynajmniej udało się pokazać szkołę średnią jako coś więcej niż tylko atrapę, po której porusza się Parker.

Spider-Man: Homecoming
Fot. Columbia Pictures

Zejdź na ziemię

Tony Stark występuje tutaj w roli mentora, który stara się przekazać kilka cennych wskazówek superbohaterowi, który jeszcze nie do końca zasługuje na to miano. To namiastka tego, co już widzieliśmy przy okazji poprzednich filmów i słynnej kwestii wujka Bena, że z wielką mocą przychodzi wielka odpowiedzialność. Na szczęście film Wattsa oszczędza nam kolejnej genezy i wałkowania tematu poczucia winy bohatera.

Ciekawym novum jest za to społeczne zacięcie „Spider-Man: Homecoming”. Zaznaczone już na początku filmu. Umęczona klasa robotnicza, bogaci, którzy mają szaraczków gdzieś i zwykli ludzie ze zwykłymi problemami. Daleko filmowi Wattsa do ambitnego moralitetu na temat stanu współczesnego społeczeństwa, ale to interesująca odskocznia od kolejnej historii o tym, że świat się wali, bo najechały go inteligentne konserwy.

Zresztą w końcu możemy zobaczyć skutki działań tych najważniejszych herosów, gdy opadnie kurz po starciach o przyszłość ludzkości. Owszem, uratowali świat, ale to my musimy posprzątać cały bajzel, który po sobie pozostawili. Widzimy też, że działania herosów mają na mieszkańców nie tylko w skali makro, ale przede wszystkim w skali mikro. Bo gdy wspomniany kurz opadnie ci biedni ludzie wracają do swojego normalnego życia i muszą radzić sobie z własnym życiem.

Spider-Man: Homecoming
Fot. Columbia Pictures

Karawana jedzie dalej

„Spider-Man: Homecoming” to udany film. Dobra wakacyjna rozrywka. Sprawdza się zarówno jako część większego uniwersum, jak i osobna historia, którą można obejrzeć i bez znajomości setki poprzednich produkcji. Twórcy starają się wyjść z pudełka, w którym powoli pozostałym filmom zaczyna być zwyczajnie za ciasno. Może nie tyle wyjść, co przynajmniej wychylają z niego swojego głowy. Sukcesem jest to, że Watts i reszta przyznają, że to pudełko istnieje.

Wbrew temu, co można przeczytać nie jest to jednak zupełnie nowa jakość w opowieściach superbohaterskich. To próba nadania herosowi, który ciągle w pełni nie należy do Disneya, swojego charakteru. Wpisanie go do świata starszych kolegów koleżanek zarabiających dla konkurencji i świata, który dopiero powstaje. Jest zabawnie, ale nie żenująco. Poprawnie, większość czasu podręcznikowo, ale przy okazji bezpiecznie.

Spider-Man: Homecoming
Fot. Columbia Pictures

Grunt, że pozwolono, aby Peter Parker jako nastolatek mógł naprawdę tym nastolatkiem być. To przemyślany zabieg gwarantujący kontrakt na lata, bo od teraz Spider-Man będzie mógł dorastać z widzami, a studio, jeżeli nie spieprzy niczego po drodze, będzie mogło liczyć kolejne miliony dolarów.

PS. Scena po napisach jest interesująca, ale napiszę tylko tyle: pozdro dla kumatych. Szczególnie starych fanów Spider-Mana.

To też może Cię zainteresować:

[powerkit_button size=”md” style=”primary” block=”false” title=”Krótka historia o tym, jak bibliotekarka namówiła Coppolę na film” url=”https://lekturaobowiazkowa.pl/na-ekranie/jak-bibliotekarka-namowila-coppole-na-film-wyrzutki/” target=”_self” nofollow=”false”]

Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed
More Stories
Stephen King
Jak czytać Stephena Kinga, czyli od czego zacząć przygodę z mistrzem grozy?