“Strażnicy Galaktyki 2”, czyli lepsze jest wrogiem dobrego

Kiedy Marvel ogłosił, że jednym z filmów składających się na MCU będą “Strażnicy Galaktyki” tylko garstka najbardziej zagorzałych fanów komiksów w Polsce wiedziała o kogo chodzi. Reszta drapała się w głowę. Niektórzy zastanawiali się, czy Marvel i Disney wiedzą, co robią. W końcu zdecydowali się wziąć za postacie, które wielu z nas w ogóle nie obchodzą. Jakieś wielkie drzewo, gadający szop, łysy mięśniak, zielona zabójczyni i cwaniaczek z Ziemi. Jakby tego było mało zdecydowali, że reżyserem zostanie ten gość od filmów Tromy. James Gunn. Kolejny element układanki, która nie powinna się udać. Nie powinna, ale się udała.

Niektórzy poczuli się tym filmem zażenowani. Niektórzy nadal pukali się w głowę i twierdzili, że MCU skończyło się na “Kill’em All”. Tymczasem Marvel, Disney i Gunn wiedzieli, co robią. Zaoferowali film w duchu kina nowej przygody. Z barwnymi postaciami, pulpowym charakterem, scenami, które zaskakiwały i muzyką, od której ciężko było się uwolnić. Na jednej z płaszczyzn ten film po prostu kpił z motywów kina superhero. Kiedy nie kpił, to wykorzystywał je do tego, aby zaserwować nam jakiś mniej lub bardziej udany żart. Miał to czego brakuje naszym chłopakom, miał luz. Nagle film, który nie powinien odnieść sukcesu staje się jedną z ikon MCU. Synonimem udanego kinowego eksperymentu, a może nie tyle eksperymentu, co poszukiwań, próby zrealizowania kina na podstawie komiksów inaczej. Niby w kontrze do poprzednich produkcji, a jednocześnie dobrze pasującego do całego uniwersum. “Strażnicy Galaktyki” stali się brakującym ogniwem. Zwycięstwem, które mogło stać się przekleństwem.

Strażnicy Galaktyki 2
Strażnicy Galaktyki 2/Fot. Disney

Chewie we’re home…

Cytat z “Przebudzenia Mocy” nie jest przypadkowy. Jestem prawie na sto procent pewny, że gdy zaczęły spływać informacje o przychodach pierwszej części to właśnie był tekst, którym otwarto pierwsze podsumowanie działań po premierze. Taki rozwój wypadków sprawia, że automatycznie rodzi się pytanie, czy jesteśmy ten sukces powielić. Zawsze dochodzimy do momentu, gdy ktoś pyta wprost:

Czy Twój biznes się skaluje?

Tego dowiemy się wkrótce, ale jedno jest pewne. Odbiór pierwszej odsłony jest największym przekleństwem drugiego filmu Jamesa Gunna. “Strażnicy Galaktyki 2” cierpią na wiele schorzeń, ale tym najpoważniejszym jest to, że nie szukają. Nie mają już czego szukać, bo kilka lat temu dotarli do bezpiecznego portu. Oczywiście ta powtarzalność, wyjście z założenia, że teraz damy Wam po prostu więcej tego, co tak bardzo pokochaliście nie musi być wadą. Sam szedłem na seans właśnie z takim nastawieniem. To były moje oczekiwania, bo nie spodziewałem się, aby odkryto przede mną coś, czego już bym nie widział. Obcowanie ze “Strażnikami Galaktyki 2” przypomina wizytę w ulubionej pizzerii. Niby mógłbyś spróbować czegoś nowego, ale w tej chwili nie chce ci się szukać. Idziesz tam, bo nic cię nie zaskoczy. Ciasto będzie takie jak zwykle, dodatki będą smaczne i będzie ich dużo. Zapłacisz tyle co zwykle, a na koniec grzecznie podziękujesz obsłudze, pożegnasz się z uśmiechem i rzucisz krótkie: “Do zobaczenia”.

Jednocześnie jest to zaleta, ale dla niektórych dyskwalifikująca film wada. W końcu ciągle chcemy czegoś nowego. Prawda? No, nieprawda. Gdybyśmy chcieli ciągle czegoś nowego, to sequele nie przekraczały kolejnych rekordów. Z resztą ci sami, którzy kręcą nosem na powtarzalność sami są w powtarzalności rozkochani. Na przykład zagrywając się w kolejne odsłony swoich ukochanych serii gier pokroju Mass Effect czy Call of Duty. Czy to źle? Nie, ale trzeba sobie jasno powiedzieć, że argument za tym, iż to już było jest argumentem jasnym, zrozumiałym, zgodnym z prawdą, ale przy okazji pustym, jeżeli nie idzie za nim nic więcej. W kontekście “Strażników Galaktyki 2” to nawet nie powtarzalność jest tutaj największym problemem, a kilka innych rzeczy, na które trzeba zwrócić uwagę.

Kieruj się sercem albo i nie

“Strażnicy Galaktyki 2” to bardzo prosty film. W zasadzie to opowieść o tym, jak ważna jest rodzina. O rozliczeniu z przeszłością, krótkim przystanku przed wyruszeniem w dalszą drogę. To film o każdym ze Strażników, który dokłada cegiełkę do ich charakterów i ostatecznego szlifu postaci. Momentami bez spójnej linii fabularnej. Bardziej jak zbiór kilku historii spiętych ze sobą klamrą rodzicielstwa. Jest tutaj strata, jest odkupienie. To chyba najbardziej disneyowski z wszystkich filmów Marvela. Nie wnoszący nic nowego do kinowego uniwersum. Na pozór niepotrzebny. Niepotrzebny dla MCU, ale potrzebny dla samodzielnej franczyzy jaką stają się “Strażnicy Galaktyki”. Potrzebny dla bohaterów i ich historii. Funkcjonujący jednocześnie w ramach świata przedstawionego, ale i obok niego, na własnych warunkach.

Pytanie, czy każdy film musi coś wnosić do większej całości. Czy faktycznie potrzebujemy tego, aby pchał jakąś główną historię dalej? Uważam, że nie, ale mogę tak uważać, bo Marvel i Disney są w tej komfortowej sytuacji, że stworzona przez nich sprawna maszyna pozwala im na chwile oddechu. Jeżeli chcą nakręcić film, w którym będziemy obserwować jak bohaterowie opowiadają nam o trudnym dzieciństwie lub wspominają zmarłą rodzinę to nie ma problemu. Poprzetykamy te historie scenami akcji, dorzucimy suche żarty – również te o ekskrementach i seksie – i sprzedamy ludziom jeszcze więcej muzyki, której większość z nich pewnie w życiu by nie posłuchała, gdyby nie nasz film. W tych krótkich zdaniach streściłem Wam czym są “Strażnicy Galaktyki 2”. Są wizytą we wspomnianej ulubionej pizzerii. Są sztuczkami Waszego starego już psa. Widzieliście je milion razy, ale kochacie tego starego pchlarza, więc nadal go głaszczecie. Nadal się cieszycie z tego, że stary, a jeszcze może.

Gunn stwierdził przed premierą, że wersja, którą oglądamy jest wersją reżyserską. Nie ma innej wersji. To istotne stwierdzenie. Istotne, bo mimo wszystko odnosiłem wrażenie, że filmowi czegoś brakuje. Na pewno momentami brakuje mu równego tempa. Czułem się jak na kolejce górskiej. Sceny akcji, które służą za przerywniki w kolejnych rozdziałach “Trudnych Spraw”. Efektowne, ale nie będące punktami kulminacyjnymi czy narzędziami do budowania w widzu napięcia. Seans momentami przypomina wizytę w pięknym kościele. Ocieka złotem, zdobieniami. Czujemy, że jesteśmy w miejscu ważnym, robiącym na nas wrażenie. Jednocześnie łapiemy się na tym, że brakuje tam najważniejszego. Boga. No dobrze, to nie do końca prawda, bo przecież jest Ego.

Strażnicy Galaktyki 2
Strażnicy Galaktyki 2/Fot. Disney

Lepsze wrogiem dobrego

Są w “Strażnikach Galaktyki 2” rzeczy przednie. Niezwykle udane. Jak choćby strona wizualna. Statek Ego przynoszący na myśl dzieła Jamesa Turrella czy jego planeta – a tak naprawdę on sam – która wygląda jakby ktoś ją wyjął z obrazów Maxfielda Parrisha. Są wycieczki w absurdy prosto ze Zwariowanych Melodii. Jest Kurt Russell cytujący tekst utworu “Brandy” zespołu Looking Glass. Jest przerysowana do granic możliwości postać grana przez Elizabeth Debicki. Złota snobka, która jednym swoim czynem dorzuca do MCU więcej niż cały film przez ponad dwie godziny. Udała się też muzyka, ale jak ona nie mogła się udać, gdy do akcji rzucamy perełki Fleetwood Mac, George’a Harrisona czy Sama Cooka. Toż to samograje.

Niestety są też rzeczy mniej udane. Żarty rozciągnięte do granic możliwości. Stające się nie tyle zabawne, co męczące. Tu nawet nie ma fabuły w dosłownym rozumieniu tego słowa. Zestaw dowcipów, ciętych ripost, emocjonalnego rollercostera niektórym wystarczy do szczęścia, ale niestety wielu też najnormalniej w świecie zmęczy. Nawet Baby Groot staje się męczącym żartem. James Gunn postanowił bezwstydnie wykorzystać swobodę jaką dostał od studia. Nawet mając świadomość tego, że jak mówią słowa piosenki nic dwa razy się nie zdarza.

“Strażnicy Galaktyki 2” bardzo chcą. Pytanie tylko, co. Chcą być lepsi niż pierwsza część? Jeżeli tak, to nie są. Chcą być bardziej kolorowi i zwariowani? To akurat się udaje. Jest spora szansa, że całość nadinterpretuję. Szukam jakiegoś większego sensu w miejscu, gdzie go nie ma. Na siłę zestawiam wrażenia z pierwszej odsłony z tym, co przyniosła mi część druga. Być może to jest po prostu bez sensu. Może lepiej usiąść i chłonąć wyobraźnię Gunna bez większych refleksji. To też jest wyjście. W sumie to nawet sam tak zrobiłem. Tym samym dochodzimy do najważniejszego pytania. To jacy w końcu są ci “Strażnicy Galaktyki 2”?

Strażnicy Galaktyki 2
Strażnicy Galaktyki 2/Fot. Disney

Ludzie właśnie tacy są (są, są) oni właśnie tacy są gadają*

Ilu ludzi, tyle opinii. Szczególnie jak temat mocno polaryzuje rozmówców. Wzbudza emocje. Przeglądając opinie na gorąco wśród znajomych, a wykorzystując do tego social media, stwierdzam, że “Strażnicy Galaktyki 2” są takim tematem. Znudzeni, zażenowani, bezcelowi, zachwyceni, zakochani, usatysfakcjonowani i tak dalej, i tak dalej. “Strażnicy Galaktyki 2” nie są filmem lepszym niż pierwsza część, ale pod wieloma względami to ciągle najlepsze, co ma do zaoferowania Marvel. Nawet przy pretekstowej fabule, rozciągniętych do granic możliwości żartach są jak łyk świeżego powietrza. To jak wiemy też nie każdemu służy. Z tego powodu, jeżeli podobała ci się pierwsza część, to jest duża szansa, że druga też ci się spodoba. Reszta lepiej niech ten film omija z daleka.

Na koniec mogę tylko napisać, że po cichu liczę na to, że prawdą okażą się zapowiedzi, że kolejna odsłona będzie powrotem do korzeni, a ta była tylko przystankiem, chwilą momentami surrealistycznego spokoju, który potrzebny jest nawet, gdy biegniecie maraton. W końcu branża filmowa to taki maraton i podobnie jak on nie wybacza i nie toleruje słabości. Dlatego czasami warto chwilę odsapnąć.

* Śródtytuł to fragment utworu DJ 600V – “Gadają” (feat.Risq & Gano). Ja bym tego nie wymyślił. Za głupi jestem.

Total
36
Shares
  • Myślę, że trafiłeś w punkt z tą recenzją. Strażnicy Galaktyki 2 mają przede wszystkim zaserwować dobrą pizzę, którą już jedliśmy. Niemniej ta powtarzalność nie mija się z przyjemnością.

    • Nie, powtarzalność na pewno nie rozmija się z przyjemnością, ale to już jest kwestia oczekiwań oraz tego, czy patrzymy na film jako faktycznie na film i szukamy/dostrzegamy w nim wady związane ze sztuką filmową.

  • Puchata Igła

    Byłam zaskoczona liczbą gagów i scen komicznych, jest ich znacznie więcej niż w poprzedniej części. Jakoś mniej akcji, trochę mniej treści, tak mi się wydaje. Wczoraj rozmawiałam z narzeczonym “Ech, czysta rozrywka, nawet nie chciało mi się głębiej tego analizować.”, on odpowiedział zdziwiony: “A po co to w ogóle głębiej analizować?”. I w sumie ta wymiana zdań mi coś uświadomiła – poszłam do kina po czystą przyjemność, odmóżdżenie się, zrelaksowanie i oderwanie od życia codziennego. Poszłam, bo liczyłam na wysoką jakość produktu, nie zawiodłam się. Reasumując – zgadzam się z Twoją recenzją w całej rozciągłości, dostałam to, co chciałam, powtórkę z rozrywki. Właśnie, powtórkę, nic ponadto 🙂

  • No fakt, nic dodać nic ująć. Będąc w połowie Twojej recenzji jakoś podświadomie chciałem się z Tobą nie zgodzić, ale… jednak się zgadzam 🙂 Pewnie można było parę rzeczy wywalić (taśma klejąca itp). Ale w ogólnym rozrachunku, to jeśli komuś podpasował klimat vol.1 (a znam takich, którzy pomimo uwielbienia dla kina nowej przygody lat 80, tego akurat nie trawili), to vol.2 przyjmą bez specjalnej czkawki. Na pewno z przyjemności wrócę jeszcze do dwójki na blu-rayu.

    • Sam będę do tego filmu wracać, bo wracam co jakiś czas do wybranych produkcji Marvela. Też znam takich, którzy nie trawią pierwszej części 🙂