“Suicide Squad” potwierdza wszystkie problemy Warnera

Obejrzałem “Suicide Squad” lub jak ktoś woli bardziej szalone wytwory ludzkiej wyobraźni “Legion Samobójców”. W sumie korzystanie z dwóch tytułów w tym wypadku ma sens, bo tak naprawdę to, co oglądamy na ekranie to przynajmniej dwa różne filmy.

  • Ten Davida Ayera, który jest znany z kręcenia lekkostrawnych komedii,
  • Ten Warner Bros., które jest znane z kręcenia świetnych filmów na podstawie komiksów,

Dwie różne wizje ściśnięte tak, jakby ktoś wiedział, że próbuje wcisnąć kwadratowy klocek w mniejszy okrągły otwór, ale ciągle myślał, że widzowie się nie połapią. Jakoś to będzie. To co zobaczyłem nie było nawet zabawne. Bardziej smutne, bo potwierdza wszystkie problemy z jakimi boryka się studio.

Not quite my tempo

Warner Bros. robi co może. Dwoi się i troi, aby wyjść na prostą. Już ponad rok temu pisałem dlaczego im się nie udaje. Wtedy mimo wszystko liczyłem na to, że ostatecznie się ogarną. Niestety najpierw pojawił się fatalny “Batman v Superman”, którego największą zaletą jest to, że odsunięto Zacka Snydera z roli sternika filmowego uniwersum DC, a kilka miesięcy później “Suicide Squad”. Film niepotrzebny. Nakręcony nie za bardzo wiadomo po co. Prezentujący bohaterów, których większość osób nie zna – nawet przez tych, którzy czytają komiksy, bo wierzcie mi, że Kapitan Boomerang nie jest postacią, o którą zabijają się scenarzyści – ale najgorsze w tym wszystkim jest to, że przy okazji zmielony przez studio do tego stopnia, że wyszło nam to:

Niby żyje, ale swojej córki z tym czymś raczej nie chcesz umówić. Choć fakt, że istnieje można uznać za sukces. Jednak w czym tak naprawdę tkwi problem? W tym, co powtarzam od miesięcy. Warner Bros. chce lub chciało, bo trzeba wziąć poprawkę na to, że nie da się wielkiego statku zawrócić w ciągu tygodnia, wszystko zrobić za szybko. Kiedy Marvel zmierzał do wielkiego wydarzenia jakim było drużynowe starcie herosów z wielkim przeciwnikiem przygotował odpowiedni grunt. Przedstawił nam tych bohaterów w solowych filmach. W tym samym momencie Warner Bros. w dwóch z trzech filmów własnego uniwersum prezentuje nam:

  • Mokry sen Michaela Baya, czyli starcie ikonicznych bohaterów, którzy nie mają wiele wspólnego ze swoimi komiksowymi pierwowzorami okraszone wybuchającymi miastami i podróbką Jokera.
  • Mokry sen fana kucyków Pony… Wróć. Mokry sen fanów Warnera, czyli własną wersję “Strażników Galaktyki” z tą różnicą, że tutaj pojawiają się jednorożce, czarownica kręcąca biodrami przez cały film, skąpo odziana Harley, która tylko momentami przypomina siebie, rosyjskiego gangstera z zielonymi włosami bez charyzmy goniącego za swoją miłością. Kilku bohaterów, o których i tak nikt nie pamięta i najgorszego głównego wroga, jakiego widziałem dotychczas w ekranizacjach komiksów. Naprawdę. To wielki wyczyn zaprezentować coś gorszego niż np. Malekith z drugiego Thora.

To co się udało to Amanda Waller i Deadshot. Przy czym Waller w wykonaniu Davis to ta Amanda Waller, która wkurwia wszystkich w komiksach, a Deadshot to po prostu Agent J po tym, jak zrobili mu pranie mózgu i wydaje mu się, że jest płatnym zabójcą. Warner się śpieszy, a jak wiemy, gdy się człowiek śpieszy, to się Thanos cieszy. Niestety aktualnie musi rechotać naprawdę głośno. Co w takim razie należy zrobić? Wyhamować, wziąć głęboki oddech i zrobić to wszystko po bożemu. Tak, aby zaprezentować widzom swoje postacie. Żeby przeciętni zjadacze popcornu mieli czas je polubić i ostatecznie czekać na wspólny występ. I to nie tak, że “Suicide Squad” nie powinno powstawać. Powinno, bo to świetny temat na film i dobra przeciwwaga dla konkurencji. Rzecz w tym, że przygody parszywej dwunastki można było zaprezentować za kilka lat i kilka filmów.

Zawsze powtarzamy, że jeżeli jest jakiś sekret [sukcesu – przyp. Marcin, czyli ja] to jest to poszanowanie dla materiału źródłowego. I jeżeli powstaje jakaś adaptacja na jego podstawie, to powinna ona rozwijać ducha oryginału, który w tym materiale źródłowym jest. – Kevin Feige w wywiadzie dla Deadline Hollywood

Harley Quinn
Fajny cosplay Margot/Fot. Warner Bros.

No właśnie, bohaterowie

Słowa Feige’a są kluczowe. Rozwijać ducha oryginału. Prezentować swoją interpretację, ale zachowując to, co czyni daną postać tym, czym jest. Przez to, gdy obejrzałem w kinie pierwszego Iron Mana cieszyłem się jak małe dziecko, bo oto zobaczyłem jak ożywa komiks. Zobaczyłem Tony’ego Starka z krwi i kości. Warner robi odwrotnie. Bierze się za bary z materiałem źródłowym. Wychodzi z założenia, że albo będzie my way albo highway. Prezentuje nam Batmana, który zabija. Supermana, który wygląda jak wystraszony kosmiczny królik, trochę buc, który również zabija, a jednocześnie nijak się ma do roli symbolu nadziei. Na szczęście nie jest jeszcze za późno. To wszystko można naprawić. Jednak nie nastąpi to tylko przez zmianę podejścia do bohaterów. Trzeba zmienić jeszcze jedną rzecz. Sposób ich prezentowania widzom.

Jest to poniekąd pokłosie tego, że nie mieli czasu, aby zaprezentować nam herosów indywidualnie, więc dwa z trzech na razie zrealizowanych filmów pełne są niepotrzebnych flashbacków. Dziwnych snów, jak po kiepskiej jakości narkotykach i skakania z miejsca na miejsce. Upychania jakichś dygresji, czy wręcz zaznaczania na każdym kroku tego, kim i czym jest dany bohater. Świetnie problem z prezentowaniem bohaterów ilustruje postać Harley Quinn. Kto ją zna ten wie, że wzorem cnót i zdrowia psychicznego nie jest. Mówiąc krótko jest szalona. Twórcy uznali więc, że skoro jest tak bardzo szalona, to trzeba to widzom przypominać w dziesięciominutowych interwałach. Wykoślawiając tym samym wizerunek bohaterki. Zresztą wzorem samej Harley, która rozwiązuje problemy za pomocą kija, dobijają go za sprawą love story z Jokerem.

To z kolei prowadzi do kolejnych problemów – na czym i Marvel się wykłada – z logiką prezentowanych wydarzeń. Nie chodzi tu jednak o to, czy to wszystko ma sens. Bo jak wiadomo obecność w środku miasta wirującej kupy śmieci nigdy nie ma sensu. Bardziej o logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy wydarzeń, które obserwujemy. To na szczęście da się poprawić robiąc dwie rzeczy:

  • Pisząc lepsze scenariusze,
  • Zlecając montaż profesjonalistom, a nie bandzie pijanych studentów filmówki,

Nie wiem, czy Warner/DC mają w dupie swoich herosów, ale na razie tak to wygląda. Nawet w momencie jak się pojawiają na krótką chwilę na gościnnych występach, to można odnieść wrażenie, że ktoś ich tam wcisnął na siłę, co mogło wyglądać mniej więcej tak:

Szefowie Warnera w garniakach za 10000000020204910754109571 dolarów (w skrócie Garniaki): Kurde, brakuje nam tu czegoś. Ta scena obierania ziemniaków przez Clarka jest super, ale wiesz co, tu trzeba coś dorzucić. Musi być bardziej jazzy, czy jak to tam teraz młodzież mówi.

Scenarzysta. W swetrze: Może niech Clark się zatnie nożykiem?

Garniaki: No jak zatnie, przecież to Superman. Superman nie krwawi. Tak czytaliśmy w komiksie z lat 60.

Sweter: To może niech porozmawia z Lois o Cthulhu?

Garniaki: No kurwa, proszę cię, nie róbmy z tego filmu komedii. Coś innego jest potrzebne za co ci płacimy na nowe swetry. A jakby tak mu z miski z wodą wyskoczył Aquaman? Przecież trzeba już tym biednym ludziom go pokazać i kręcić hype na wspólny film. Jak nie teraz w ziemniakach, to kiedy?

Przydupas z głębi sali: ŚWIETNY POMYSŁ!

Sweter: I co on ma robić?

Garniaki: Nic. Po prostu niech będzie. Przez kilkanaście sekund. W tej misce.

Przydupas z głębi sali: GENIALNE!

Ściemnienie.

Nie pokazują nam dlaczego to ważne postacie, dlaczego widz ma się nimi przejmować czy im kibicować. One po prostu są. Jak Jezus w Świebodzinie. Nawet gdy ktoś mówi, że to ich sposób na prezentację i mają do tego prawo, to fakt, mają. Mogą sobie i nam robić krzywdę. Przy okazji jednak biorąc się za barki z pierwowzorem warto się zastanowić czy my w jakiś sposób wnosimy do niego coś oryginalnego. Tymczasem filmowi herosi DC jak na razie ani nic nie wnoszą nowego, ani nie są jakąś wyjątkowo udaną wariacją na swój temat, ani nie mają głębi. Są jak wycięci z dykty. I to takiej bardzo taniej i cienkiej. I to jest zaskakujące, bo w tym samym momencie powstają w Warnerze animacje, które tego problemu nie mają. Mało tego. Dysponując ograniczonym czasem fundują nam naprawdę solidne prezentacje tych samych bohaterów. Takie, w które uwierzymy szybciej niż w ich aktorskie wersje.

Justice League
Wszyscy mamy źle w głowach…/Fot. Warner Bros.

Panie kapitanie i co teraz?

Gramy dalej. Ciągle wierzę, że Warner/DC są w stanie wyjść na prostą i stworzyć zdrową konkurencję dla Disney/Marvel. Taką, która będzie napędzać jednych i drugich z korzyścią dla widzów. Na pewno dobrym ruchem było sięgnięcie po Geoffa Johnsa, który powoli stara się wyprowadzić statek na nowy kurs. Na jakieś wielkie zmiany być może jest już za późno – w końcu “Justice League” wydarzy się wtedy, kiedy miało się wydarzyć – ale to jeszcze nie znaczy, że nadal będziemy oglądać filmy montowane przez paralityków bez szkoły. Wystarczy posprzątać po Snyderze i jego fetyszach. Sprawić, aby ci, którzy piszą scenariusze i reżyserują filmy naprawdę zrozumieli postacie – Johns je rozumie, więc mam nadzieję, że tak jak Feige będzie wszystkich trzymać krótko za pysk.

To niewiele, ale naprawdę może pomóc. Bardzo bym tego chciał, bo uwielbiam herosów DC Comics i nie mogę patrzeć na to, jak marnowany jest ich wielki potencjał.

Przeczytaj:

[button color=”white” size=”normal” alignment=”none” rel=”follow” openin=”samewindow” url=”https://lekturaobowiazkowa.pl/komiksy/wielka-kolekcja-komiksow-dc-warto-czy-nie/”]Wielka kolekcja komiksów DC – warto czy nie?[/button] [button color=”white” size=”normal” alignment=”none” rel=”follow” openin=”samewindow” url=”https://lekturaobowiazkowa.pl/komiksy/dc-comics-ciekawostki/”]10 rzeczy, których nie wiesz o DC Comics[/button]
  • Anarky

    Zgadzam się ze wszystkim. Ja już nawet wybaczyłbym im kiepskie scenariusze, gdyby traktowali postacie z szacunkiem (w Suicide Squad moim zdaniem Ayer to zrobił, w przeciwieństwie do Snydera w BvS…) oraz nie robili ze swoich filmów posklejanych wizji reżysera i 100 innych osób z Warner Bros. Tak się nie da. Jeśli znowu panicznie będą bali się porażki Wonder Woman i doprowadzą do jej upadku, to naprawdę będzie słabo. Suicide Squad mi się podobało, ale gołym okiem widać co tam studio popsuło, co dodało i wycięło. Choćby scenę gdzie Harley mierzy do Jokera z pistoletu, a ten wyrywa jej go i uderza w twarz. Całość kończy się pocałunkiem. Pod koniec jest też scena (po walce ze “złoczyńcą”), gdy Joker ze spaloną połową twarzy pojawia się przy oddziale samobójców (ha!) i chce zabrać ze sobą Harley. Ta nie chce iść, więc Joker rzuca we wszystkich granatem. W tym oczywiście w swoją ukochaną. Miałoby to zabawny wydźwięk w odniesieniu do ostatniej sceny w filmie, gdzie Harley rzuca się w ramiona Jokera po akcji ratunkowej. Do tego kiedy Joker wypycha Harley z helikoptera, miało to wyglądać tak, jakby chciał ją zabić. W filmie zastąpili to ostatecznie wiadomo czym. Trzy sceny, a mogłyby znacznie poprawić postać Jokera i jego relację z Harley Quinn…

  • rob

    robi się na prawdę zabawnie bo już serialowe “universum”DC, z stacji zwanej CW choć powinno być DC channel, ma przynajmniej na papierze niemal silniejszy skład(ściślej będzie od jesiennych sezonów) od kinówek ,Superman Supergirl Mon El Marsjanin Marsjanka StarGirl trójca flashy barry wally i jay…etc etc xDD ps.wiem bieda budżetu seriali nie da się porównać z filmami ale porównując postaciami to na korzyść kina tylko WW i być może cyborg/ aquaman, 🙂