Przerwij to, co robisz i zacznij oglądać “The End of the F***ing World”

Zwiastuny obiecywały serial trochę inny niż wszystkie. Zainteresowały mnie, a później okazało się, że już gdzieś o “The End of the F***ing World” słyszałem. Miałem rację. Wszak to ekranizacja komiksu autorstwa Charlesa Forsmana. Nie jest to opowieść o superbohaterach, a o nastolatkach, które postanawiają pokazać światu środkowy palec.

Zacznijmy od najważniejszego. Serial “The End of the F***ing World” to udana produkcja. Warta czasu, który na nią poświęcicie. Może nie jest to ósmy cud kosmosu, ale ma w sobie dość oryginalności i charakteru, aby zainteresować potencjalnego widza. Dlaczego?

Kawałek papieru

Zacznijmy od tego, że już same narodziny pomysłu na serial są interesujące. Jego twórca, Jonathan Entwistle, wyszedł właśnie z jednego z londyńskich sklepów z komiksami, gdy zauważył kawałek papieru wystający z kosza na śmieci. Dokładnie go obejrzał i okazało się, że ów kawałek, to fragment komiksu stworzonego przez wspominanego już Charlesa Forsmana. Ten zbieg okoliczności przypomniał mu o istnieniu tego tytułu, który w 2013 roku zwrócił na siebie uwagę, ale nie przypominam sobie, aby trafił kiedykolwiek do Polski.

Entwistle sięgnął po ten komiks nie tylko dlatego, że zainteresował go koncept fabularny, ale też dlatego, że jego styl jest oszczędny, a przy tym nadający się do tego, aby adaptować go na potrzeby innego medium. Co zresztą potwierdzał w wypowiedziach na temat tworzenia serii dla Channel 4:

Są niesamowicie filmowe [panele – przyp. Ja] – trochę jak storyboardy – Jonathan Entwistle

To tylko ułatwiało cały proces przenoszenia historii przedstawionej w komiksie na język telewizji. Jeżeli weźmiecie do ręki komiks i odpalicie jednocześnie serial, to zdacie sobie sprawę z tego, że czerpie on nie tyle ze stylistyki graficznej komiksu, co przede wszystkim sięga po jego klimat. Odpowiednio podkręcony przez zastosowane zabiegi techniczne oraz ścieżkę dźwiękową. No dobrze, ale o czym to w ogóle jest?

Chyba jestem psychopatą

Pamiętajcie, socjopata to nie psychopata. Wspominam o tym, bo musi o tym wiedzieć James. Ma siedemnaście lat i bardzo chce kogoś zabić. Do tego celu nadaje się Alyssa, która podobnie jak James nie jest przeciętną uczennicą szkoły średniej. Dziewczyna ma zasadniczo “wyjebane”, mówi co myśli. Zwraca na siebie uwagę, ale nie jest klasycznym wyrzutkiem czy dziwakiem. Jest zapraszana na imprezy, ma znajomych. Po prostu jest bardzo bezpośrednia. Ta bezpośredniość uderza nas w twarz od samego początku i to na niej zresztą zbudowany jest początek wzajemnej relacji bohaterów. Ona i on ostatecznie ruszają w podróż w nieznane. Ona chce się wyrwać z domu, a on szuka okazji, aby w końcu ją zabić. Tak w wielkim skrócie przedstawia się fabuła tego serialu. W skrócie, bo nie ma sensu opowiadać więcej.

The end of the fucking world
Tak, to Yara Greyjoy/Fot. Netflix

“The End of the F***ing World” to tylko osiem odcinków po maksymalnie 22 minut każdy. Do obejrzenia w jeden wieczór. Osiem odcinków serialu, który zaczyna się niczym od ciosu w twarz. Szarpany montaż. Szalone retrospekcje. Czarny brytyjski humor, ale i mocno nakreślona amerykańska aura. Świetna muzyka i bardzo dobre dialogi. Wszystko, co sprawia, że z miejsca jesteście zainteresowani. To znaczy, ja jestem. Wy, nie wiem. Może. Sposób w jaki zrealizowano sam początek całej historii byłby wydmuszką, gdyby nie fakt, że jego siłą są bohaterowie. Aktorzy dobrani do roli Jamesa (Alex Lawther) i Alyssy (Jessica Barden) są w tych rolach przekonujący i najzwyczajniej pasują do swoich postaci. On nie okazujący emocji przyszły morderca. Ona, pyskata, pełna energii, dziewczyna. Zresztą jej postać jest też dużo bardziej skomplikowana niż może się na początku wydawać.

Jestem wielkim fanem braci Coen i ich bardzo charakterystycznego rodzaju Americany [nie wiem, jak to przetłumaczyć, ale Americana to zbiór antropologicznych artefaktów zw. z USA – przyp. Ja] i “płaskiego” humoru. Komiks miał to samo i to mnie do niego przyciągnęło.

Choć chciałbym napisać, że po bardzo dobrym początku napięcie tylko rośnie, to w pewnym momencie dochodzi do “wyprostowania” wątków. Chodzi mniej więcej o to, że miejsce wspomnianego szalonego montażu zajmuje w miarę standardowa narracja. Im bliżej kulminacji sezonu, tym serial “normalnieje”. Czy to źle? Zależy jak na to spojrzycie. Osobiście nie miałbym nic przeciwko temu, aby całość była tak porąbana jak pierwsze epizody. Absurdalna, momentami brutalna. Wtedy jednak nie mogłaby stać się tym, czym ten serial ostatecznie się staje.

The end of the fucking world
Fot. Netflix

Pokaż mi swoje blizny

Z całego początkowego szaleństwa wyłania się bowiem coś więcej niż tylko czarna komedia o tym, jak dwójka skrzywdzonych dzieciaków ucieka z domu. Całość adaptacji przygotowanej przez Charlie Covell skręca bowiem w kierunku historii o krzywdzie i jej konsekwencjach. O uczuciach i ich ciężarze. O stracie bliskich, ale i odkryciu czegoś niespodziewanego, co może nas uratować przed samozniszczeniem. Jest w tym serialu trochę braci Coen. Jest i Quentin Tarantino, ale nie w postaci “Pulp Fiction”, co forsują niektórzy, a bardziej Tarantino ze swoich scenariuszy do nie swoich filmów, z “Prawdziwym romansem” na czele. Zresztą do tego ostatniego filmu jest bardzo jasne nawiązanie.

The end of the fucking world
To jest bardzo dobry plakat

Co ciekawe został tak zrealizowany, że nie do końca wiemy gdzie i kiedy rozgrywa się akcja. To zresztą było intencją twórców. Żeby z jednej strony na przykład pokazać przedmieścia, ale z drugiej, abyście nie wiedzieli, gdzie te przedmieścia się znajdują. Powoduje to, że historia staje się bardziej uniwersalna. Namacalna, bo przecież może się rozegrać w USA, ale i w innym miejscu świata. Również niedookreślony jest czas. Akcja może się rozgrywać zarówno w latach 90. XX wieku, jak i współcześnie. Potęguje to uczucie muzyka, która zahacza o kolejne dekady, ale sporo czerpie przede wszystkim z lat 50. XX wieku.

Przy tych dźwiękach z początku się śmiejemy, ale im dalej w las tym atmosfera gęstnieje. Głównie dlatego, że bohaterowie się zmieniają. Doganiają ich konsekwencje decyzji podjętych w przeszłości. Zgodnie ze starą zasadą, że najlepsze komedie są smutne. Nie głupkowate, po prostu smutne. “The End of the F***ing World” właśnie takie jest. Zabawne, ale przy tym cholernie smutne, gdy złożycie to, co działo się z postaciami w jedną całość. Charakterystyczna estetyka świata przedstawionego sprawia, że oglądamy love story, które nie powinno mieć miejsca, a jednak ma. I z jednej strony chcielibyśmy, aby trwało na dobre i na złe, a z drugiej być może nie powinno.

Antyromans

Jeżeli odpowiadała Wam stylistyka i klimat wspomnianego “Prawdziwego romansu” czy “Urodzonych morderców” – choć są to przykłady, które należy brać pod uwagę na bardzo wysokim poziomie ogólności – to sięgajcie po “The End of the F***ing World” bez zastanowienia. Nie wiem, czy powstanie drugi sezon. Biorąc pod uwagę zakończenie, może powstać. Nie musi, ale może. Gdybym ja miał wybierać, to drugiego sezonu by nie było. Głównie dlatego, że nie każda historia wymaga kontynuacji. Ta jej nie potrzebuje, a jedyne, co może nas pchać w jej kierunku to zwykła ludzka ciekawość, a ta, jak wiecie to pierwszy stopień do piekła.

Total
143
Shares
  • Sean Thingy

    Już to napisałem w innym miejscu: dobrze mi się oglądało do momentu sceny pyskówki w barze. To i potem “śmieszna” scena z daniem w twarz ojcu. I tak zakończyło się moje oglądanie tego serialu i do niego nie wrócę. Nie moja bajka.
    Bardzo lubię filmy Tarantino, więc siłą rzeczy nie chodzi o bluzgi czy przemoc, ale sposób tego ukazania. Tutaj mamy klasyczne przeniesienia chamstwa z realu w wersji 1:1, a tego mam dość na co dzień. Być może to właśnie było jakimś tam zamiarem twórców, ale mam na to alergię.

  • Trzeba odpalić Netflixa 🙂 Czekałam na ten serial!

  • Michał Przychodni

    Jestem w trakcie oglądania i nie mogę przestać myśleć o tym jakim dobrym castingiem byłaby Jessica Barden jako Mac z Paper Girls