Szukasz dobrego serialu science fiction? Oglądaj “The Expanse”. Nie szukasz? Też oglądaj

Rychło w czas piszę o “The Expanse”, bo pierwszy raz o serialu SyFy wspominałe na blogu w 2015 roku. W tekście o serialach, na które warto zwrócić uwagę po Comic-Conie. Pierwszy sezon “The Expanse” obejrzałem pod koniec 2016, a polecam go Wam w 2017, bo czemu nie. Powodów, dla których go polecam akurat teraz, jest kilka. Oto one:

  • W chwili pisania tekstu trwa emisja 2. sezonu,
  • Jesteśmy świeżo po premierze “Mass Effect: Andromeda”,
  • Bo to prawdopodobnie jeden z najlepszych seriali, który nie zdobył jeszcze uznania na jakie zasługuje,
  • Bo sobie o nim przypomniałem – o serialu – o Mass Effect nie dawali mi zapomnieć znajomi,
  • Bo cykl dojrzewania pomysłów na tekst w moim wypadku trwa do 12 miesięcy. Rok jeszcze nie minął, więc uznałem, że chyba warto coś na ten temat napisać.

Dość żartów przejdźmy do sedna sprawy, czyli dlaczego w ogóle powinniście sięgnąć po “The Expanse”?

No właśnie, dlaczego?

Cholera, pomyliłem nagłówki. Tu jeszcze nie odpowiem dlaczego. To będzie trochę dalej. Chyba, bo jeszcze nie wiem, jak popłyną słowa. Dajmy słowom szansę i zacznijmy od początku. Akcja “The Expanse” rozgrywa się w przyszłości – szok, niedowierzanie, nosówka – w której ludzkość ruszyła na podbój kosmosu. W tym całym podbijaniu coś nie pykło i jak na razie kisimy się w ramach naszego Układu. W tych warunkach przez lata ukształtowały się trzy główne stronnictwa:

  • Ziemia – której politykę prowadzą przedstawiciele Narodów Zjednoczonych,
  • Mars – który wyrósł na potęgę gospodarczą, a przede wszystkim militarną,
  • Pas – który służy głównie do tego, aby wyssać go z surowców, jak najtaniej, jak najsprawniej. Mieszkańców Pasa poznacie po tym, że są wyżsi, smuklejsi od innych przez to, że od narodzin żyją w środowisku o mniejszej grawitacji.

Widz zostaje wrzucony w sam środek narastającego konfliktu między trzema wymienionymi stronami. Konfliktu, który jeszcze nie wybuchł, ale wisi w powietrzu niczym Miecz Damoklesa. Wszystkich bohaterów poznajemy w warunkach rosnącego napięcia i niech mnie kule biją, jeżeli “The Expanse” nie ma jednego z lepszych zawiązań fabuły w serialach od dawna. Bohaterowie nie są prezentowani przez kolejne ekspozycje, a przez konkretne wydarzenia, w których biorą udział i interakcje między sobą. To o tyle istotne, że bohaterów jest sporo, a w wielu recenzjach można przeczytać, że serial realizowany przez SyFy podobny jest w tym aspekcie do “Gry o Tron”. Mamy więc wielu bohaterów, wielką politykę, intrygi, zgony – liczne – tajemnicę i kilka innych elementów, które zmiksowane razem dają efekt w postaci space opery, która może spodobać się nawet tym, którzy nie przepadają za science fiction.

Space opera – podgatunek fantastyki naukowej koncentrujący się wokół romantycznych przygód, podróży międzygwiezdnych i kosmicznych bitew, w którym głównymi wątkami są konflikt międzyplanetarny i osobiste przeżycia bohaterów. Często – jawnie lub niejawnie – wykorzystuje elementy konwencji fantasy oraz baśniowe.

Głównie przez to, że science fiction w przypadku “The Expanse” nie sprowadza się do biegania z laserami i robienia często phew, phew. Tutaj jest to jest po prostu okazja do pokazania świata przyszłości z jak najbardziej nam znanymi problemami. Podobnie jest z bohaterami. Mam na przykład detektywa Josephusa “Joe” Aloisusa Millera (Thomas Jane), który jest mieszkańcem Pasa, ale przy okazji wygląda jak detektyw, którego stworzyłby Raymond Chandler, gdyby pisał science fiction. Jest Chrisjen Avasarala (Shohreh Aghdashloo), która reprezentuje Ziemię. Zręczna polityk, która potrafi być bezwzględna. Jednocześnie bardzo potężna osoba, która prowadzi swoją niebezpieczną grę. W ogóle postacie kobiecie są interesujące i zdecydowanie nie są tutaj tłem dla napędzanych testosteronem twardzieli. Jest w końcu Jim Holden (Steven Strait), który jeszcze do niedawna był członkiem załogi statku transportującego lód. Niby zwykły marynarz, a w rzeczywistości ten, na którym zacznie skupiać się uwaga wielu osób.

Do tego dorzucacie pozostałych bohaterów, mieszacie, wstrząsacie i oto wychodzi Wam “The Expanse”. Narracja w pierwszym sezonie prowadzona jest tak, że to, co oglądacie to tak naprawdę trzy równolegle toczące się historie, które siłą rzeczy w pewnej chwili przetną się ze wszystkim konsekwencjami takiego przecięcia. Każdy ma tutaj swoje interesy, każdy teoretycznie jest w jakimś sensie stereotypowy, ale jednocześnie tym stereotypom się wymyka. Weźmy wspomnianego Holdena. Niby wydaje nam się, że to klasyczny bohater pierwszoplanowy, który do tego wszystkiego wydaje się być ostoją prawości. Tymczasem Holden choć jest postacią z tych dobrych, to jednocześnie ma swoje przywary, a jedną z nich jest kompleks bohatera. Konieczność udowadniania innym, a przede wszystkim sobie, że może przewodzić, że może być tym, który podejmuje słuszne decyzje. Jeżeli chcecie sobie wyobrazić Holdena, a jednocześnie graliście w gry RPG, to Holden jest paladynem. O tym gościem:

Paladyn
Prawie jakbyście mieli healera w party, ale nie do końca

Hard science fiction

“The Expanse” to serial science fiction. W tym miejscu zastanawiacie się, dlaczego to w ogóle napisałem. Zrobiłem to, bo w przypadku tej produkcji faktycznie możemy bez problemu powiedzieć, że mamy do czynienia z hard science fiction. Nie ma tu niespotykanych sił, nie ma niektórych znanych z gatunku tropów, które mimo wszystko stoją w opozycji do nauki. Jest za to wykorzystanie wspomnianej nauki do wyjaśnienia nam tego, co się dzieje. Dlatego statki nie poruszają się z prędkością większą od prędkości światła. Dlatego podróże kosmiczne to nie jest kaszka z mleczkiem. Dlatego życie poza wygodną Ziemią nie należy do najłatwiejszych. Tych “dlatego” jest oczywiście więcej. Nie ma jednak sensu wymieniać wszystkich, bo jaki wtedy mielibyście powód, aby oglądać serial samodzielnie? Nie ma tak łatwo. Wszystkiego za Was nie zrobię.

Chcecie konkretnych przykładów relacji serialu z nauką? Proszę bardzo. Weźmy podejście do grawitacji. Ta nie jest tylko czymś umownym. Hasłem, które rzucamy, gdy bohaterowie akurat nie fruwają w przestrzeni. Grawitacja tak jak w rzeczywistości jest tutaj nieodłącznie związana z masą. A to z kolei prowadzi do poruszenia tematu wagi. Stąd wspomniane różnice w budowie mieszkańców Pasa, ale i reakcje na nagłe przyśpieszenia pojazdów. Owszem statki poruszają się w serialu szybciej niż te, którymi aktualnie dysponujemy, ale podobnie jak w rzeczywistości tak i w “The Expanse” taka prędkość nie pozostaje bez wpływu na ciało człowieka. Dlatego załogi wspomagają się środkami, które pomagają znieść przeciążenia powstające podczas podróży, a przede wszystkim gwałtownych manewrów. Zresztą sposób poruszania się statków czy pocisków uwzględnia na przykład warunki panujące w kosmosie. Tutaj statek nie przyśpiesza bez końca aż osiągnie cel. W przestrzeni kosmicznej takie zachowanie pojazdu to wyrok śmierci dla całej załogi. Dlatego poruszanie się statków bliższe jest temu, jak zachowują się ziemskie wahadłowce. Nie ma mowy o żadnych skokach w nadprzestrzeń czy innym warp four. Każdy manewr musi być przemyślany i może mieć nieodwracalne konsekwencje. Co ciekawe nawet proces dokowania został oddany z dbałością o fakty, a nie wyobraźnię twórców. Ruch dokującego statku bardziej przypomina koziołkowanie niż prosty ruch, jak to ma w zwyczaju przeciętny statek kosmiczny np. z “Gwiezdnych Wojen”.

W kosmosie nikt nie usłyszy Twojego krzyku… bo nie ma w nim powietrza, które mogłoby przenosić drgania, które interpretujemy jako dźwięk.

Do tego wszystkiego warto dorzucić niezłe wykonanie. Choć to produkcja SyFy, to nie sugerujcie się nazwą telewizji. “The Expanse” wygląda po prostu dobrze. Lokacje są klimatyczne i każda ma swój unikatowy charakter. Statki kosmiczne choć nowoczesne nie wyglądają jakby je wyjęto ze snu szalonego fantasty hobbysty designera. Oczywiście zdarzają się wpadki, jak mój ukochany komputerowo wygenerowany koliberek, ale trudno. Nie ma róży bez ognia. Jest to w końcu ekranizacja serii naprawdę dobrych książek science fiction autorstwa Jamesa S. A. Corey’a. Ktoś taki nie istnieje – to znaczy może gdzieś istnieje – bo pod pseudonimem ukrywają się:

  • Daniel Abraham,
  • Ty Franck.

Tego pierwszego polecałem już przy okazji serii o najlepszych książkach fantasy. Ma na swoim koncie m.in. udaną serię “The Long Price Quartet”, a w “The Expanse” razem z Ty’em Franckiem eksploruje tematy odleglejsze od fantasy. Przez wzgląd na książki, a w zasadzie objętość materiału źródłowego, bo ciągle powstają kolejne, pojawiają się porównania do “Gry o Tron”.

I tu miałem powiedzieć dlaczego warto oglądać “The Expanse”

Jednak nie powiem, bo odpowiedź jest zapisana w całym tekście. Choć “The Expanse” nie odniesie nigdy takiego sukcesu jak serial HBO, to na pewno zasługuje na uwagę. To mądrze poprowadzny, dobrze zagrany i zrealizowany serial. Coś, co powinno wciągnąć nie tylko geeka, fana serii “Mass Effect” czy ogólnie pojętego science fiction. Produkcja, która zasługuje na więcej uwagi. Dlatego idź i oglądaj “The Expanse”. Idź mówię.

Ja oczywiście jestem Gandalfem, a Wy macie biec. Szybko, oglądać ten serial. Rozumiecie? Łapiecie użycie gifa, prawda? Ja Gandalf, Wy hobbity. Dobra, do usłyszenia.

PS. Jak macie dostęp do Netflixa, to jest tam cały pierwszy sezon. Drugi ma pojawić się wkrótce, jak tylko skończą go emitować.

A tu możecie obejrzeć materiał od Jakbyniepaczeć:

  • NeyNey

    Julie <3

  • Anarky

    Niedawno odpaliłem sobie pierwszy odcinek i mnie wciągnęło. Polecam również, serial powinien być zdecydowanie popularniejszy.

    • W sumie o tym nie napisałem, ale miałem chwile zwątpienia, na szczęście szybko się wciągnąłem i teraz nie mogę się doczekać aż skończy się 2. sezon, aby obejrzeć go w całości 🙂

  • Czesław Wapno

    Obejrzałem dwa odcinki, pojawiły się WestWorld i Stranger Things, a potem jakoś tak się serial zapodział, chociaż to samo dobro było… 😐
    Dzięki za przypomnienie.

  • Brzmi bardzo dobrze. Dlatego obejrzę. Spróbuję. Dam chyba radę. Zobaczymy. Jest przynajmniej na mojej liście. Im mocniej historia takiego serialu jest osadzona w rzeczywistości, tym mocniej wciąga.

  • 1500100900

    Serial fajny. Na plus można także, przynajmniej wg. mnie, dodać muzykę w 1 sezonie.

  • Rileyn Hale

    właśnie skończyłam 1 sezon, bo sobie przypomniałam jakis czas temu o tym serialu. I już się szykuję na drugi <3