The Missing - recenzja serialu

Serial “The Missing” to produkcja niepozorna. Normalna. O bardzo spokojnej narracji, która wielu widzów przyzwyczajonych do ciągłego mieszania tropów, tempa jak z wyścigu na 100 metrów oraz całej plejady zaangażowanych w sprawę bohaterów może zwyczajnie znudzić. Jeżeli tak się stanie, to zaprawdę powiadam Wam, że takie osoby nie znają życia. Ba, przegrywają je.

Małe dzieci, wielki kłopot

Wyobraźcie sobie, że ruszyliście na wakacje do Francji. Malownicze małe miasteczko, które wydaje się być rajem dla turystów. Zarezerwowane pokój w hotelu, Mistrzostwa Europy w piłkę nożną w telewizji i kochana żona z synem przy Waszym boku – lub mąż, jeżeli jesteś drogi czytelniku kobietą. Wszystko pięknie. Wszystko, oprócz tego pieprzonego samochodu, który musi się zepsuć. Na szczęście samochód wydaje się najmniejszym problemem. W końcu jesteśmy na wakacjach, trzeba się dobrze bawić. Rozpakujemy rzeczy, zjemy coś, a później pójdziemy popływać z synem na basenie. Jest już późno, ale on tak bardzo prosił. No nic wrócimy jak już będzie ciemno. Synek chce pić w sumie też czujemy pragnienie, więc idziemy coś zamówić. Tłum ludzi, Francja strzela bramkę, syn znika bez śladu. Właśnie trafiliście w oko cyklonu.

Wcielający się w rolę inspektora Juliena Baptiste’a, Tchéky Karyo, w zwiastunie drugiego sezonu powiedział:

Strata kogoś bliskiego może nas zniszczyć. Jednak odnalezienie tej osoby, kiedy tak wiele czasu upłynęło i tak wiele nas ominęło, może być dużo gorsze.

Nie bójcie się, nie zdradzam Wam nic, co może popsuć odbiór “The Missing”. To zdanie w pewnym stopniu obrazuje to, co dzieje się z bohaterami tego serialu. Bo strata nie oznacza w tym wypadku tylko poszukiwań małego Olivera. Tu każdy coś stracił, każdy czegoś szuka. Choć sprawa zaginięcia Olivera jest rdzeniem pierwszego sezonu, to tak naprawdę wiele dzieje się na drugim planie. Wśród bohaterów, których poznajemy stopniowo, a którzy mają wiele wspólnego z rodzicami Olivera.

Julian Baptiste w The Missing
Młodsza wersja Baptiste’a

Antologia smutku

Serial zrealizowany przez BBC One i telewizję Starz jest antologią. Oznacza to, że cały sezon to jedna, zamknięta sprawa. Wszystkie odcinki wyreżyserował Tom Shankland, a scenariusz każdego z nich stworzyli Harry i Jack Williamsowie. To bardzo dobry wybór, bo dzięki stałemu zespołowi cała produkcja wydaje się być bardzo spójna, przemyślana i co najważniejsze trzyma poziom. Shankland dobrze poprowadził aktorów, a w szczególności trzy kluczowe postacie:

  • Ojca Olivera granego przez kapitalnego Jamesa Nesbitta.
  • Jego żonę, w którą wciela się Frances O’Connor.
  • Wspominanego Juliena Baptiste’a, którego brawurowo portretuje Tchéky Karyo.

Sztuką w przypadku tego serialu jest to, że każdy aktor wciela się tam w tak naprawdę dwie wersje swojej postaci. Tą, którą poznajemy w dniu zaginięcia chłopca oraz tą, którą obserwujemy osiem lat później, kiedy Tony Hughes kolejny raz wraca zbadać sprawę zaginięcia. W ten sposób akcja zostaje poprowadzona w dwutorowo, co z początku może trochę denerwować, ale ostatecznie okazuje się kolejnym świetnym rozwiązaniem. Scenarzyści powoli odsłaniają kolejne elementy układanki, a montaż sprytnie i bardzo płynnie prowadzi widza raz między przeszłością, a raz między teraźniejszością.

Jason Flemyng w The Missing
Tak, Jason Flemyng gra w The Missing

Niezwykle ważne w przypadku “The Missing” są emocje. Już sam fakt tego, co dzieje się w momencie, kiedy chłopiec znika sprawia, że niektórzy mogą poczuć ucisk w klatce piersiowej, nerwowo spoglądając na drzwi do pokoju własnego dziecka. W głowie kołatać się będzie jedna myśl, co bym zrobił na miejscu rodziców Olivera. Na szczęście serial nie jest tani pod względem wywoływania w nas konkretnych odruchów. Wszystko przebiega naturalnie. Nasza niechęć do postaci, współczucie czy wreszcie współodczuwanie tlącej się gdzieś iskierki nadziei pojawia się naturalnie. Z zapartym tchem obserwujemy emocjonalny rollercoaster w wykonaniu Nesbitta i O’Connor. Szczególnie Nesbitt z tą swoją wiecznie zaciśniętą szczęką i zmarszczonymi brwiami sprawia, że oglądając jego walkę o odnalezienie syna miałem ochotę krzyknąć:

Wierzę ci chłopie, autentycznie wierzę, że straciłeś syna.

Jego determinacja, huśtawki nastrojów, sprawiają, że z jednej strony nas denerwuje, a z drugiej kibicujemy mu i chcemy, aby w końcu mu się udało, bo tak naprawdę został ostatnim człowiekiem, który wierzy, że można odkryć prawdę. “The Missing” to w końcu portret obłędu, jaki rodzi się, gdy tracimy kogoś bliskiego. Szczególnie w momencie, gdy tracimy tę osobę nagle, a dodatkowo mamy poczucie, że cały świat jest przeciwko nam, że nikt nie chce nam pomóc w takim stopniu w jakim chcielibyśmy, aby nam pomógł.

Współczucie dla pedofila

Napisałem, że sporo dzieje się na drugim tle. Jedną z takich rzeczy jest temat pedofilii, która zawsze wywołuje żywe reakcje wśród zainteresowanych osób oraz sporo kontrowersji, gdy oglądamy bohaterów będących pedofilami. W “The Missing” oprócz tego, że przypatrujemy się osobistej tragedii dwójki ludzi obserwujemy też inną tragedię . Człowieka, który zdaje sobie sprawę z pokus, ale nie potrafi samodzielnie z nimi walczyć. Człowieka zepsutego, ale nie w sensie moralnym, a w sensie człowieczeństwa w ogóle. Kimś takim jest Vincent Bourg (Titus De Voogdt). Vincent jest niepozornym mężczyzną, który całe swoje dorosłe życie zmaga się z popędem seksualnym w stosunku do dzieci. Jego dewiacja wywołuje obrzydzenie u ludzi w zasadzie automatycznie, ale kiedy przypatrzycie się mu i zerkniecie za maskę pełną smutku znajdziecie człowieka świadomego swoich słabości, ale zbyt słabego by sobie z nimi poradzić.

Postać Vincenta to w pewnym stopniu głos w dyskusji na temat tego, kim są pedofile. Skojarzenie najczęściej związane jest z kimś, kto z miejsca wygląda na kryminalistę albo jak nie wygląda to na pewno jest po prostu obleśnym, dobrze maskującym się, typem, który gwałci dzieci. Vincent nie wzbudza obrzydzenia. Wręcz przeciwnie. Współczujemy mu, bo jest zdeterminowany, aby w końcu prowadzić normalne życie. Jest jak narkoman, który właśnie zdał sobie sprawę z tego, że jest uzależniony. Chce coś z tym zrobić, ale samemu będzie mu bardzo trudno. Wcielający się w jego rolę Titus De Voogdt wygląda na autentycznie przerażonego i zagubionego. Dawno nie widziałem w serialu czy filmie tak smutnej osoby. Kogoś, u kogo ciężko dostrzec choć odrobinę radości.

The Missing - Vincent Bourge
Coś ty zrobił Vincent?

Bo problem rodziców to jedno. Gdzieś obok inni ludzie mają swoje problemy, które przez chwilę stają się mniej ważne. Przez chwilę, która trwa tak długo, jak długo trwają poszukiwania Olivera. Kiedy one ustaną wszystko wraca do normy.

Obłęd, któremu trzeba dać się porwać

Na razie piszę o “The Missing” w samych superlatywach. Z tego powodu doszliśmy do momentu, w którym trzeba sobie jasno powiedzieć, że ten serial wymaga od widza cierpliwości. Pierwsze odcinki – a wszystkich jest osiem – wkręcają w klimat bardzo powoli. Jego największym “grzechem”, który sprawi, że wielu z widzów wymięknie przed finałem jest to, że nie stara się być czymś więcej niż jest. W skrócie chodzi o to, że przez ostatnie lata zostaliśmy przyzwyczajeni do pogmatwanych fabuł, niesamowitych trzymających za jaja zakończeń oraz emocji dawkowanych w przesadnych ilościach w każdym odcinku. W “The Missing” jest inaczej, bo tu wszystko dzieje się wolniej. Śledztwo, odkrywanie kolejnych wskazówek kojarzą mi się z dynamiką “The Fall”. Tak jak tam scenarzyści się nie śpieszą wystawiając cierpliwość widza na sporą próbę.

Próbą dla widza jest też zakończenie, które w przypadku “The Missing” sprawiło, że pojawiły się głośne głosy niezadowolenia. Nie chcę go zdradzić, ale jestem w tym samym obozie, w którym jest Kaja Szafrańska z kanału Jakby niepaczeć – kanał polecam, tak jak ich recenzję opisywanego serialu. Mi się taki finał strasznie podobał. Podobało mi się jak scenarzyści rozwiązali wszystkie wątki i na koniec dowalili jeszcze konkretną sceną, która pewnie spotęgowała niezadowolenie widzów oczekujących bóg wie czego. Swoją drogą miał rację twórca serialu “Detektyw”, Nic Pizzolatto, który powiedział, że współcześni widzowie nie potrafią sobie poradzić z tym, że zakończenie może być normalne. Przeżył to na własnej skórze, kiedy skończył się pierwszy sezon “Detektywa” i po wszystkim, co zobaczyliśmy otrzymaliśmy zakończenie historii bez fajerwerków. Ja byłem usatysfakcjonowany, ale widocznie jestem w mniejszości.

Przez osiem odcinków znalazłem kilka rzeczy, do których mógłbym się przyczepić. Pewnie w ponad 90% produkcji – nawet tych uznawanych za najlepsze – można znaleźć coś, co nie będzie nam pasować np. jeżeli chodzi o logikę scenariusza. Na szczęście są to drobiazgi, które zostają zepchnięte na dalszy plan przez wszystkie zalety “The Missing”. Żal i obsesję Nesbitta, zagubienie O’Connor, twarde stąpanie po ziemi Baptiste’a czy finalny twist, który wielu uznało za przekroczenie pewnej granicy. Dajcie “The Missing” szansę. Warto, bo kto jak kto, ale Brytyjczycy potrafią kręcić seriale dramatyczne i robią to lepiej niż ich koledzy z USA. Rzekłem.

To jeszcze nie koniec

Pomijając mieszane uczucia po finale pierwszego sezonu wiemy już, że “The Missing” wróci do widzów z kolejnym. Zgodnie z prawami antologii dostaniemy zupełnie nową sprawę, nowych bohaterów i mam nadzieję takie same zalety jak w sezonie pierwszym. Za scenariusz znowu odpowiadają bracia Williams. Sądząc po pierwszym teaserze, który pojawił się w grudniu ubiegłego roku, możemy wnioskować, że znowu rdzeniem będzie jakaś tragedia dotycząca dziecka.

Choć teaser jest tajemniczy, to gwarantuję Wam, że kolejny raz dostaniemy bardzo normalną historię, która może przydarzyć się każdemu z nas. I to chyba jest w tym serialu najbardziej przerażające i fascynujące jednocześnie.

  • Krystian

    Artykuł ciekawy, ale to pewnie wiesz 🙂 Czytałem artykuł na smartfonie i chciałbym zwrócić uwagę (nie wiem jak tu innych korzystajęcych z urzędzeń mobilnych), że zdarzały się ucięcia stron (prawdopodobnie jednej linijki). Nie było to ciągłe, ale przytrafiało sił. Pozdrawiam 🙂

    • Dzięki. Co do ucięć, to niestety zewnętrzna wtyczka ma pewne ograniczenia i nie jest idealnie 🙂