“The Treatment” – udana ekranizacja książki Mo Hayder

“De Behandeling”, “The Treatment” czy w końcu “Terapia”, to trzy tytuły tego samego filmu. Jeżeli ktoś uważał, że Belgowie potrafią tylko robić frytki i czekoladki – ewentualnie warzyć smaczne piwo – to będzie musiał do tej listy dopisać jeszcze jedną pozycję. Potrafią kręcić niezłe filmy.

Syf, smród i pedofile

Krótka piłka. Film “The Treatment” – będę posługiwać się angielskim tytułem – to pozycja dla tych, którzy lubią klimaty mrocznego, lepkiego thrillera. Żeby nie zdradzać za wiele z historii napiszę tylko, że głównym bohaterem jest inspektora Nick Cafmeyer, który w dzieciństwie stracił brata. Porwał go pedofil z sąsiedztwa, który teraz nawiedza Nicka. Przez lata nic nie udało mu się udowodnić, Nick ma na punkcie tej sprawy obsesję, a na domiar złego trafia w sam środek śledztwa, które zaczyna się od uwolnienia pewnej rodziny. W tym miejscu kończę i zostawię Was z trailerem, który trochę wprowadzi Was w klimat:

No właśnie. Klimat. W tej materii film w reżyserii Hansa Herbotsa oferuje konkretne doznania. Fani skandynawskich kryminałów, w których jest smutno, mokro, zimno, a wszyscy mają ochotę się pochlastać, będą zachwyceni. Może nie jest tak zimno, jak na północy Norwegii, ale i tak nie powiedziałbym o tym, że bohaterowie “The Treatment” są na wakacjach. Temat pedofilii, który jest tutaj główną osią fabuły, zawsze kojarzył mi się ze spoconymi typami, którzy ślinią się na widok małych dzieci. Wiem, że to uproszczenie, ale nic nie poradzę. Tak mam. W “The Treatment” nie ma pięknych widoków, ładnych uśmiechniętych ludzi. Pani, która przed chwilą została uwolniona po trzech dniach samotności, bo jakiś psychol przykuł ją do rury nie wygląda, jakby miała zaraz ruszyć na parkiet. Trup wygląda jak trup. Seks z dzieckiem to nic śmiesznego, a śledztwo nie należy do łatwych.

Historia w filmie toczy się na dwóch płaszczyznach. Pierwszej, na której Nick stara się przy okazji nowego śledztwa dowiedzieć, co się stało z jego bratem. Drugiej, na której próbuje rozwiązać zagadkę tajemniczego napastnika, który przez trzy dni przetrzymywał pewną rodzinę. Obie płaszczyzny przeplatają się ze sobą, a widz wraz z upływem czasu zastanawia się, co zrobi Nick. Czy przedłoży względy osobiste ponad obowiązek zawodowy? Czy dowie się, co się stało z bratem? Tych pytań jest oczywiście więcej, ale odpowiedzi poznacie dopiero oglądając “The Treatment”.

Porzućcie wszelką nadzieję

Wiecie, co podoba mi się w “The Treatment” najbardziej? To, że jest przygnębiający. To nie jest lukrowane gówno prosto z USA, w którym prawie każdy film musi mieć wesołe zakończenie. Przecież nie można pogłębiać depresji biednych mieszkańców krainy szczęśliwości. Film Herbotsa klimatem przypomina trochę “Siedem”, trochę “Osiem milimetrów”. Świat, w którym obracają się bohaterowie jest zepsuty do szpiku kości. To co robią sprawia, że robi się nam słabo. Tym bardziej, że reżyser powoli ujawnia coraz więcej z całej historii. Odsłania kolejne fakty, a mieszając tropy i sugerując błędne rozwiązania sprawia, że emocje w trakcie seansu powinny być coraz większe z każdą minutą.

Siłą filmu Herbotsa jest też to, że nie rzuca przeciw sobie anioła zemsty w postaci głównego bohatera i diabła, z którym ma się zmierzyć. Tego drugiego nie znamy, nie wiemy, co jest prawdą, a co nie. W pewnym momencie wszystko staje się jasne, ale przez większość filmu nie ma mowy o bezpośrednim starciu między walczącym po stronie dobra bohaterem i łopatologicznie przedstawionym przeciwnikiem, który knuje i odgraża się każdemu na swej drodze. Zło nie ma tutaj rogów czy twarzy wykrzywionej w groteskowym uśmiechu. Zło jest normalne, takie z jakim stykamy się na każdym kroku.

Duża w tym zasługa aktorów, którzy odwalają kawał dobrej roboty. Wiele razy podkreślałem, że lubię jak nie mam wszystkiego wyłożonego na tacy. Gdy dorzucicie do tego bohaterów, którzy nie krzyczą do nas wiecznie:

Hej, może zabijam ludzi, ćpam, bo w dzieciństwie obmacywał mnie spocony wujek, ale jestem fajny i przystojny. Chodź na piwko!

To ja jestem kupiony. Nie ma tu bohatera, którego będziecie lubić. Nie ma. Nawet Nick ma w sobie coś odpychającego w tej swojej obsesji i napadach gniewu – swoją drogą Geert Van Rampelberg ma szacun za rolę. Uwielbiam, jak nie ma nadziei, a jak nawet pojawi się jakieś światełko w tunelu, to wszystko ma swoją cenę.

Proszę pana, proszę pana, czy widzi pan wady?

Tak. Jak najbardziej. “The Treatment” cierpi z powodu tego, że w pewnym momencie staje się dość przewidywalny. To znaczy ciągle potrafi trzymać w napięciu, ale wielu z Was nie będzie zaskoczona. Dodatkowo pod względem gatunkowym nie odkrywa prochu. Wykorzystuje ograne schematy z thrillerów czy kryminałów. Choć klimat jest mocną strona filmu, to w całkowitym rozrachunku tu też mocno operuje schematami w pewnym momencie przesadzając w kwestii nakreślenia charakteru postaci. Wiecie, nie potrafi subtelnie pokazać zepsucia. Po prostu wali nam nim po ryju, jakby to było wycięte z jakiegoś szablonu.

Teoretycznie nie będzie to miało wpływu na odbiór – ja mimo wszystko jestem dobrym duszkiem i wiele jestem w stanie wybaczyć – ale wiem, że są wśród Was filmowi puryści, którzy odejmują od oceny kolejne punkty dziesiętne, bo film nie odkrywa przed nimi nic nowego. Nie wszystko musi być Bergmanem. Naprawdę.

Podsumowując. Gdybym obejrzał “The Treatment” w ubiegłym roku, to spokojnie wrzuciłbym ten film do listy najlepszych filmów 2014. Tak się nie stało, ale i tak polecam. Dobry thriller na jakiś zimny wieczór. Rozgrzeje Was. Bardzo.