Full Metal Jacket
Scena z filmu "Full Metal Jacket"/Reż. Stanley Kubrick

Moje ulubione sceny, których nie było w scenariuszu

Właśnie skończyłem tekst o braciach Nolan. Nie przeczytacie go tutaj, ale podzielę się nim już wkrótce w innym miejscu. Pisząc o nich przypomniałem sobie o kilku scenach z “Mrocznego Rycerza”, które były kapitalne przede wszystkim dlatego, że nikt ich nie wyreżyserował. Były naturalnym efektem mistrzowskiej improwizacji, a czasami błędu człowieka, na który aktorzy odpowiedzieli naturalnie swoim zachowaniem. Usiadłem i zacząłem myśleć o innych przykładach scen, których pierwotnie w filmiach nie było. Myślałem – bo ja dużo myślę, tylko często nic z tego nie wynika – myślałem – mówiłem, że dużo myślę – a lista puchła i puchła. Ostatecznie sam jestem zaskoczony z efektu, bo części scen nie podejrzewałem o to, że były wynikiem przypadku lub spontanu.

Ciągle zastanawiam się dlaczego Rutger Hauer nie dostał Oscara za rolę Roy’a Batty’ego w “Łowcy Androidów”. Przygotowuję się do kolejnego seansu z filmem Scotta słuchając fenomenalnej ścieżki dźwiękowej Vangelisa, którą możecie znaleźć na przykład tutaj:

 

Napisać, że ją polecam i jest genialna, to nie napisać nic. Po prostu ją sobie odpalcie, nakładajcie słuchawki i chłońcie każdy dźwięk. Wróćmy jednak do Hauera. Utalentowany Holender – wiedzieliście, że jest Holendrem, bo ja przez cały czas myślałem, że jest Austriakiem – który ma na koncie pamiętne role, a jedną z nich jest właśnie ta Batty’ego. Na samym końcu filmu jest scena, w której Batty wygłasza monolog na temat swojej przeszłości i krótkiego życia. Pierwotnie monolog miał się skończyć na słowach:

All those moments will be lost in time…

Nie skończył się jednak na nich, bo Hauer dodał do niej linijkę …like tears in rain. i niech mi ktoś powie, że nie jest to po prostu zajebista linijka. W ogóle cały monolog Batty’ego to jeden z tych, które mają spory potencjał, aby wywołać ciary.

Zresztą na “Łowcę Androidów” trafiłem kiedyś przypadkiem w telewizji. Kiedy chodziłem do liceum często w tygodniu siadałem przed telewizorem i skakałem po kanałach. Zbyt wielu ich nie było, ale na “dwójce” po 22:00 emitowano czasem kapitalne filmy. Dzięki takim nasiadówkom udało mi się obejrzeć praktycznie całą klasykę kina wojennego od “Mostu na rzece Kwai” po “W księżycową jasną noc”. I właśnie w trakcie jednej z kanałowych eskapad trafiłem na film, który dosłownie mnie zahipnotyzował. Przełączam, a tam jakiś dziwnie zachowujący się Kevin Spacey. Spocony, opowiadający historię jakiegoś morderczego Węgra. Ze względu na to, że nie miałem jak sprawdzić tytułu to po jakimś czasie dowiedziałem się, że ten rewelacyjny film to “Podejrzani”. Ciekawe, czy wiedzieliście, że na scenie okazania improwizacją popisał się Benicio Del Toro. W tej scenie każdy z aktorów miał powiedzieć jedno zdanie:

Dawaj mi kluczyki, ty pierdolony lachociągu!

Mieli powiedzieć to w taki sposób, jak im się podoba. Benicio zaczyna się śmiać, ale nie z tekstu, a z tego, że przez całe zdjęcia bez przerwy chodził i pierdział – poważnie. Kiedy policjant prosi go o to, aby powtórzył swój tekst po angielsku ten reaguje niezwykle naturalnie – i to właśnie moment, którego nie było w scenariuszu, bo Del Toro naprawdę nie usłyszał, co do niego mówiono. Swoją drogą wiecie, że policjant, który prosi ich o czytanie, to scenarzysta filmu Christopher McQuarrie? Nie? To już wiecie.

Można się sprzeczać czy “Aliens” to świetny film czy tylko dobry, ale jedna scena szczególnie zapadła mi w pamięć i pewnie wielu z Was też. Chodzi o Billa Paxtona, który uwalnia swoje wewnętrzne dziecko na środku pogorzeliska krzycząc, że wszystko skończone. Szeregowiec Hudson w jego wykonaniu wielu denerwował, ale ten jeden moment to w zasadzie kwintesencja “Aliens”. Zresztą zobaczcie sami.

Okazuje się, że Paxton w całym swoim geniuszu, niesiony talentem napędzanym zapachem dławiącego dymu o poranku postanowił do tych kilku zaplutych linijek dorzucić słynne “Game over man, game over”. Dziękuję Jamesowi Cameronowi, że tego nie wyciął, bo zniszczyłby mi dzieciństwo. Podobnie, gdyby Paul Verhoeven stwierdził, że będzie kręcić grzeczne filmy. Stary, dobry Paul miał na przełomie lat 80. i 90. XX wieku złotą serię. “Ciało i krew”, “RoboCop”, “Pamięć absolutna”, “Nagi instynkt”, “Showgirls” czy “Żołnierze kosmosu”, to nie były filmy, które mógł oglądać dzieciak z podstawówki. Nie mógł, a jednak większość obejrzał. Z wyłączeniem “Nagiego instynktu”. Nie wiem, jakoś wolałem Arnolda patrzącego na kobietę z trzema cyckami niż Sharon Stone wywijającą szpikulcem do lodu. Wiem, że się myliłem, ale co z tego. Tym bardziej, że taki “RoboCop” to flagowy reprezentant kina akcji lat 80. Krwawy, z zabójczymi tekstami, które można było cytować kumplom przed lekcją WF-u. Jest tam jedna scena, w której bohater grany przez Kurtwooda Smitha – ukochany Red Forman z “Różowych lat 70.” – pluje krwią na biurko policjantów. Smith przegadał scenę z Verhoevenem, ale nikt inny nie wiedział, co się stanie. Kiedy zaczęto kręcić, a on splunął na papiery, wszyscy wokół niego są zaskoczeni i zniesmaczeni. Zero gry, wszystko maksymalnie naturalne.

Czasem jakaś scena jest dziełem przypadku. Tak było w przypadku “Nocnego kowboja”. Okazuje się, że dla pobudzenia drzemiącego w nas artysty potrzebujemy jakiegoś zagubionego taksówkarza, który wjedzie na plan. Dustin Hoffman prawie wpada na taksówkę, której nie powinno być w momencie, gdy przechodził przez ulicę i wygłasza krótkie, ale jakże konkretne:

Walenie w maskę, wyzwiska. Mogę to oglądać kilkanaście razy. W ogóle polecam “Nocnego kowboja”, bo to kawał historii kina. Tak jak “Rezerwowe Psy”. Nie pamiętam, ile miałem lat, jak obejrzałem ten film pierwszy raz, ale na pewno byłem na to za młody. Co nie ma znaczenia, bo przecież wyrosłem na odpowiedzialnego obywatela. Mam rodzinę, płacę podatki, raz na jakiś czas przekażę trochę grosza na cele charytatywne. Gdybym jednak tego nie robił, to najpewniej byłbym jak Michael Madsen. Aktor tyle świetny, co dziwnym zrządzeniem losu przybity do ról w podrzędnych filmach klasy C i D. Po pierwszym seansie wiedziałem, że chcę być jak Mr. Blond. Torturując policjantów, tańcząc i odcinając im gumowe uszy. O tak:

Co w tej scenie jest improwizowane? Wszystko, co dzieje się po operacji pozbawienia biednego oficera Nasha ucha. Tarantino kręcąc tę konkretną scenę zostawił Madsenowi pole do popisu. Aktor wiedział, co ma robić do momentu obcięcia ucha, ale później to już dowód na to, że ma zdecydowanie za dużo talentu jak na gówniane filmy, w których gra. Choć tak między nami mówiąc najbardziej lubię z niej jego taneczny ruch.

Nie będę oryginalny, gdy napiszę, że “Chłopców z ferajny” obejrzałem kilka, jeżeli nie kilkanaście, razy. Przez całe lata nie miałem jednak pojęcia, jak duże fragmenty filmu to czysta improwizacja genialnych aktorów, z którymi Scorsese miał okazję pracować. Weźmy dialog w klubie, gdzie w głównych rolach wystąpili Joe Pesci i Ray Liotta. Pesci przed jej nakręceniem opowiedział reżyserowi o tym, jak w przeszłości powiedział prawdziwemu gangsterowi, że jest śmieszny – swoją drogą to Joe miał interesujących znajomych. Zaproponował, że umieści historię w filmie. Scorsese się zgodził, a żeby było zabawniej Pesci poprosił, aby Ray Liotta powiedział do niego, że jest śmieszny. Ray nie wiedział o co chodzi, ale Joe zapewnił go, że ma po prostu to powiedzieć, a reszta pójdzie sama:

No i poszła, bo reakcja Liotty, którą mogliście zobaczyć jest w stu procentach prawdziwa. Nie miał pojęcia, jak rozegra się ta scena i co się stanie. Na jeszcze większy hardcore zdecydował się R. Lee Emery. Dlaczego? Bo cała scena otwierająca film, to jego czysta improwizacja. Wszystko. Dosłownie WSZYSTKO jest jego dziełem. Kubrick zostawił mu wolną rękę i niech mnie diabli, jeżeli nie był geniuszem:

Zresztą kilkanaście lat wcześniej mu się to opłaciło, gdy kręcił “Mechaniczną pomarańczę”. Jeden z kilku filmów, którego oglądanie sprawiało mi fizyczny ból. Męczący, włażący pod skórę produkt powstały z połączenia pracy kilku wybitnych umysłów. W tym wypadku chodziło o Malcolma McDowella, który podczas sceny gwałtu zaczyna tańczyć i śpiewać “Singin in the rain”. Reżyser nie był zadowolony z całego dialogu, więc poprosił McDowella, aby ten robił, co mu przyjdzie do głowy. Ten zaczął śpiewać. Czy trzeba coś więcej dodawać?

Nie wiem, czy znacie film “Menażeria”, ale jest tam jedna scena, która przeszła do historii kina. Pociągnięta talentem Johna Belushiego jest autentycznie zabawna i prawdziwa, bo znowu aktor wszystkich zaskoczył swoim niekonwencjonalnym zachowaniem, a oni zareagowali tak jakby zareagował każdy z nas, gdyby John Belushi napluł na niego jakąś białą pianką czy co on tam wziął do ust.

Lista oczywiście jest dłuższa. “Taksówkarz” (słynne “You talking to me?”), dialogi Brando z “Czasu Apokalipsy” – co jest efektem tego, że słynny aktor był po prostu spasionym leniem, który nie chciał się uczyć swoich kwestii – czy “będziesz potrzebował większej łodzi” ze “Szczęk” Spielberga – tego filmu też nie powinienem oglądać w wieku, w którym go oglądałem, ale mój kochany dziadek pozwolił pod warunkiem, że babcia i rodzice się nie dowiedzą. Nie dowiedzieli się.

Patrząc na nie wszystkie jestem przekonany, że to po prostu potwierdzenie talentu każdej zaangażowanej w nie osoby. Te o ograniczonych horyzontach, ciasnych umysłach, trzymające się schematu i wcześniej ustalonego planu, po prostu by je wycięły. Chwała bogu, że nie każdy jest Michaelem Bayem.

[powerkit_button size=”md” style=”primary” block=”false” title=”Filmy, które warto obejrzeć w 2015″ url=”https://lekturaobowiazkowa.pl/na-ekranie/filmy-2015-premiery-ktore-chce-obejrzec-czesc-1/” target=”_self” nofollow=”false”]

More Stories
Serial Better Call Saul
Seriale, na które powinniście zwrócić uwagę w 2015