Recenzja filmu Witaj w klubie
Witaj w klubie - recenzja

Witajcie w klubie

O filmie “Witaj w klubie” napisano już wiele. Jednak dopiero, kiedy w końcu go obejrzałem zrozumiałem, dlaczego Matthew McConaughey otrzymał Oscara, a boski Leo kolejny raz musiał zostać z czterema literami na swoim miejscu. Uwierzycie jak Wam napiszę, że scenariusz do jednego z najlepszych filmów ubiegłego roku szlajał się po Hollywoodzie przez prawie 20 lat? Tak podobno było. Skrypt trafiał z miejsca na miejsce, ale ostateczne wspólne było tylko jedno… kosz na śmieci. Ktoś może krzyknąć, ale jak to przecież to świetny film, jak można być tak ślepym? No niestety można, a w Fabryce Snów to nie jest coś nienormalnego. Każdego roku powstają wręcz listy scenariuszy, które mają wielki potencjał, ale jeszcze nie zostały zrealizowane. To rodzi kolejne pytanie, czyli dlaczego nie wywalić całej sieczki i skupić się na głównych daniach? Czemu serwujemy gówno, kiedy możemy jeść krwiste steki? Bo miliony much nie mogą się mylić moi drodzy. Nie ważne jak bardzo gówniany na pierwszy rzut oka jest scenariusz, zawsze jest szansa, że film na jego podstawie zwyczajnie się sprzeda. Kasa robi nam dobrze i robi dobrze wcale nie takim smutnym panom w garniturach. Tułaczka scenariusza do “Witaj w klubie” jest więc tylko kolejnym dniem w słonecznym LA.

Na szczęście dla mnie i dla Was film ostatecznie trafił do produkcji. Główną rolę dostał człowiek, który zwykle grywał w mdłych komedyjkach. Dostał ją w momencie, gdy sam zastanawiał się, czy jego kariera ma sens i co ma ze sobą zrobić. Pomyślał, poczytał i zaczął chudnąć. McConaughey stracił do roli chorego na AIDS Rona Woodroofa ok. 20 kilogramów. Ostatecznie ważył 60 kilogramów przy wzroście 182 cm. Jednak nie cyferki są ważne. Ważne jest to, że na naszych oczach Woodroof – kawał skurwysyna, który gardzi gejami, gardzi innymi od siebie – ożywa. MM nie szarżuje. Nie kombinuje, a i tak pomijając nawet jego fizyczną przemianę, jest przekonujący. Wszystko z powodu tego, że najważniejsza przemiana zachodzi nie tam, gdzie to widzimy. Zachodzi w duszy samego aktora, który przyznał, że miał dostęp nawet do prywatnego pamiętnika Woodroofa i dbał o to, aby zrozumieć swojego bohatera. Zrozumiał go doskonale. W “Witaj w klubie” zobaczycie walkę o życie w wykonaniu homofoba, który przy okazji gustuje w paniach lekkich obyczajów i pluje na wszystko czego do końca nie rozumie. Nie będzie to na szczęście przemiana z gatunku:

“i schował twarz w dłoniach swych, zaszlochał i zrozumiał, że całe życie był chujem”

Film w reżyserii Kanadyjczyka Jeana-Marca Vallee to momentami bardzo zabawna, ale przy okazji – co pasuje do niektórych bohaterów – trzymająca za jaja opowieść o determinacji, ale i wyrachowaniu. Woodroof umykając kostusze po pierwsze posiadł wiedzę medyczną jakiej pewnie nie powstydziłby się dyplomowany lekarz. Wiedział czym jest jego choroba i chwytał się każdej możliwości ratunku. Przy okazji – wiecie jak to jest, znacie się na czymś, więc montujecie nielegalny biznesik wokół tej wiedzy – zorganizował sprawnie działającą sieć dystrybucji leków, które nie były dopuszczone do obrotu w USA. Chciał żyć, a przy okazji dobrze zarabiał na innych potrzebujących. Nie czyniło to z niego potwora. Woodroof nie był instytucją charytatywną. Mówił wprost to, co wielu powinno powiedzieć w takiej sytuacji. Chcesz żyć trochę dłużej? To płać maleńki i wróć po więcej. I wracali.

Vallee nie bawi się w moralizatorstwo i rozliczanie przeszłości. Skupia się na wspominanej już przemianie i relacjach Woodroofa z innymi. Przede wszystkim chodzi tu o Rayon, którą/którego wybornie gra Jared Leto. Podobno rolę wygrał już w trakcie rozmowy przeprowadzonej za pomocą Skype’a. W linkowanym już wywiadzie wspomniano, że od samego początku nie był sobą, był Rayon. Gdyby zespół, w którym śpiewa Jared grał na takim poziomie jak ich wokalista gra w filmach to pewnie kupowałbym ich płyty. A tak z jednej strony mamy trzech chłopa z kompleksem U2, a z drugiej jednego z nich obdarzonego talentem aktorskim, który do aktorstwa wrócił na pełnym gazie, taranując przy okazji konkurencję. Wybór, co jest lepsze jest w tym momencie formalnością.

W sieci można przeczytać o tym, że “Witaj w klubie” to film skrojony pod Oscary. Owszem, można tak napisać, ale przy okazji pamiętajmy o tym, że nie ma przecież nic w tym złego, jeżeli wykonanie jest na wysoki połysk. Tu jest. Postacie są mięsiste, daleko im do wyciętych z kartonu szablonów skrzywdzonych przez los ludzi. Reżyser wie co robi skupiając się na mięsie nie bawiąc się w krzyczącego z ambony klechę, który rzyga oskarżeniami na temat ignorancji. W końcu oglądając “Witaj w klubie” czułem się traktowany poważnie. Nie wystawiano mnie na próby polegające na uczestnictwie w konkursie na to, kto przełknie większy bezsens. Czy naprawdę mam wymieniać dalej? Dostajecie świetny film, ciekawe postacie – tak cholera, postacie, nie postaci – dobry montaż i reżysera, który szanuje widza. Do kina marsz.

Fot. Materiały prasowe Focus Features

 

Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed

Logotyp na górze przeniesie Cię na stronę główną. Poniżej znajdziesz konta w serwisach, w których możesz mnie obserwować. Miło mi, że poświęcasz swój cenny czas na obcowanie z tym, co przygotowałem.

More Stories
Mindhunter
Kto jest kim w serialu “Mindhunter”