Zostałem Jezusem Chrystusem wszechświata i nie wiem, co o tym myśleć

Po ponad 4 latach udało mi się ukończyć Mass Effect. W sensie całą trylogię, a nie tylko pierwszą część. Zobaczyłem jedno z czterech zakończeń, odetchnąłem i od wczoraj nie wiem, co myśleć. Z jednej strony kocham przygody Sheparda, a z drugiej coraz bardziej ich nienawidzę.

Pierwsza randka

Thane Krios
Czy on nie kojarzy się Wam z jaszczurką?

Pierwsza część to był kawał świetnego kodu. Prawdziwa space opera z wielkim zagrożeniem w tle, przygodami, których nie powstydziłby się Han Solo oraz trudnymi wyborami. No właśnie. Wybory. W Mass Effect urzekła mnie konieczność dokonywania ciężkich decyzji, które później miały przełożenie na świat gry. Kto zginie, komu przyznać rację, jak mam zamiar się w danej sytuacji zachować. Swoją drogą w grach prawie zawsze gram jak świętoszkowaty rozjemca. Próbuję być zły, ale ostatecznie nic z tego nie wychodzi i wracam na jasną stronę mocy. Gra BioWare dała mi poczucie, że jestem częścią większej sprawy, że mam na coś wpływ choć ciągle jestem tylko trybem w większej maszynie. Jak dorzucono do tego iście filmową oprawę – choć nie lubię tego sformułowania w stosunku do gier, to w tym miejscu bardzo mi pasuje – to byłem w siódmym niebie. Na tyle, że w końcu pierwszą część skończyłem, a musicie wiedzieć, że ja bardzo mało gier kończę. Zbyt szybko się nudzę. Za bardzo mam ochotę spróbować czegoś innego. Dlatego tym bardziej jestem zadowolony z tego, że dobrnąłem do finału, bo misje w całej serii są do bólu powtarzalne. W zasadzie ciągle robicie to samo. Przez trzy gry!

Wracając jednak do głównej myśli. Zakończenie pierwszej części bardzo mi się spodobało – kto wie, co się stało ten wie, a innym zdradzać nic nie będę – więc z miejsca przeniosłem stan gry z jedynki do dwójki i…

Ślub

Zgłupiałem. Wciągnąłem się jeszcze bardziej, a druga część wydawała mi się po prostu większą, lepszą grą niż poprzedniczka. Świetne zawiązanie akcji na samym początku, lepszy model strzelania, szybsze przemieszczanie się w lokacjach – boże, jak mnie to cieszyło – brak misji w tym kartonowym samochodziku o nazwie Mako. Wszystko było lepsze z jednym, malutkim wyjątkiem. Gdzieś wraz z postępami w grze zaczęła ulatywać magia, która przykuła mnie do monitora. Jeszcze nie wiedziałem o co chodzi. Dowiedzieć się tego miałem dopiero przy okazji trzeciej części. Mass Effect 2 zauroczył mnie kapitalnymi postaciami – Mordin Solus i Thane Krios to absolutnie najlepsze, co tej serii się przytrafiło ze wskazaniem na tego pierwszego – i nawet nie wykończył koniecznością latania jak z pierdlem od planety do planety, aby komuś pomóc, kogoś zrekrutować. Rozumiem, że elementy RPG zostały sprowadzone do absolutnego minimum. Nie przeszkadzało mi to, bo grałem głównie dla fabuły. Ta gdyby spojrzeć na nią obiektywnie była słabsza niż w części pierwszej, ale ratowali ją bohaterowie i jak się okazało końcówka, którą obserwowałem z wypiekami na twarzy. Obejrzałem końcowe napisy i już wiedziałem, co uruchomię za chwilę.

Garrus Valkarian
Towarzyszył mi do samego końca

Pomyślałem, no kurcze, przecież nie może być gorzej? Zwieńczenie trylogii musi być konkretne. Z przytupem, tak aby wkopać fana w fotel już na stałe. Naprawdę tak myślałem – uprzedzając pytania, recenzje czytałem bardzo dawno temu – i szybko miałem się przekonać, że jestem głupi. Tak bardzo, bardzo głupi.

Rozwód

Zaczęło się jak u Hitchcocka i na samym początku BioWare już mnie miało. Niestety im dalej w las tym gorzej. Twórcy zafundowali mi powtórkę z drugiej części tylko zamiast rekrutować pojedynczych bohaterów trzeba było przekonywać do siebie całe rasy. Boże, czy ty to widzisz? Przez kilkanaście godzin latałem jak poparzony po wszechświecie, aby przekonać się, że Mass Effect 3 ukończę tylko dlatego, że jak skończyłem dwie poprzednie części, to teraz trochę głupio nie ukończyć tej trzeciej. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie ma w tej grze niczego unikalnego. Jeżeli pierwsza część była świetnym trikiem iluzjonisty, to trzecia część jest tym samym trikiem z tą różnicą, że wiemy, jak iluzjonista to zrobił. Została odarta ze wszystkiego. Fabuła to żart – przemilczę końcówkę, bo zwyczajnie brak mi słów – mój zespół składał się z czterech osób i choć bardzo chciałem go poszerzyć, to ostatecznie zawsze stawało mi coś na drodze. Na przykład to, że skazałem na zagładę całą rasę, co udowadnia, że jak chcę to potrafię być dupkiem. Całość w zasadzie jest kalką drugiej części.

Szczery do bólu trailer całej serii:

Wykonując kolejne zadania i obserwując pasek postępu – cholerny pasek postępu pokazujący, ile wojsk dołączyło do naszej sprawy – czułem się jakbym ładował baterię w telefonie Sheparda, a nie ratował galaktykę przed inwazją Żniwiarzy. Owszem muszę jej oddać, że pod względem intensywności akcji było chyba najlepiej z całej serii. Tylko, co z tego, gdy w końcu dobrnąłem do końca i jedyne, co zdołałem z siebie wykrztusić, to głośne:

No nie, naprawdę?

Czy tylko mnie męczył ślamazarny Shepard w ostatnich sekwencjach?

Zostańmy przyjaciółmi

Dawno nie miałem tak wielkiego problemu z opisaniem swoich uczuć w stosunku do gier. Rozkładając serię na czynniki pierwsze okaże się, że każda z odsłon ma wiele wad. Daleko im do ideału. Z drugiej strony wspomniane rozkładanie ich na czynniki pierwsze dokonało się przez ostatnie kilka lat wiele razy, więc w tym miejscu nie ma to najmniejszego sensu.

Seria na pewno wybija się ponad przeciętność. Jest galerią świetnych, wyrazistych bohaterów. Niech mnie diabli, ale grając wieczorami ze słuchawkami na uszach miałem wrażenie, że postacie z mojej drużyny to coś więcej niż zlepek pikseli. Zostawienie kogoś na śmierć nie przychodziło mi ot tak, jak w wielu innych grach. Każda ma swój charakter, daje się lubić lub nie. Interesowało mnie co myślą, starałem się je lepiej poznać.

Mass Effect
Najlepszy zestaw bohaterów, jaki możesz wymyślić

Mój największy problem z serią polega na czymś innym. Na przymusowej powtarzalności, która spowodowała, że przez trzy gry z serii pod koniec byłem wykończony i znudzony. Kończąc złapałem się na tym, że autentycznie jest mi wszystko jedno, co się stanie. Coś, co było nie do pomyślenia w momencie gry w pierwszą odsłonę czy nawet w część drugą, przy trzeciej stało się zupełnie normalnym odruchem. Odnosiłem wrażenie, że finał sprowadził się do maksymalnego napakowania gry akcją, a reszta – czytaj warte uwagi postacie oraz świetne dialogi – to tylko smutny dodatek. Dodatkowo od początku wiedziałem do czego wszystko zmierza, więc ostatnie decyzje były tylko pozycją do odfajkowania zakończoną westchnięciem.

Czy to oznacza, że nie czekam na kolejną część? Absolutnie nie. Czekam. Tylko liczę na to, że bliżej jej będzie do dwóch pierwszych odsłon, że otrzymamy jakiś przyjemny miks, który będzie otwarciem nowej trylogii. Liczę też na to, że może dla odmiany zamiast zostać Chrystusem, czy jakimś innym wielkim bohaterem, będziemy kimś normalnym. Kimś, kto przy swojej normalności znalazł się w dość nienormalnej sytuacji i teraz musi sobie z tym poradzić. Pewnie się przeliczę, ale trzeba mieć jakieś marzenia. Szczególnie w stosunku do Mass Effect…

  • Mi w drugiej części nie podobało się odejście od kilku typowo RPGowych rzeczy, takich jak np. statystyki broni, ale ogólnie było ok. Jedynka absolutnie wgniotła mnie w fotel, ale po dwójce byłem już na tyle zmęczony, że po ostatnią część nie miałem nigdy siły sięgnąć.

    • Dlatego ja w zasadzie sięgnąłem po nie z biegu. Skończyłem jedną, eksport postaci do kolejnej części i jedziemy dalej. Dobra seria, ale tak jak napisałem, strasznie mnie zmęczyła na koniec 🙁

  • Rewol

    Mnie akurat postacie z pierwszego mass effecta zawsze trochę odrzucały (były strasznie sztuczne, głównie z powodu przesadnego realizmu tytułu), ale towarzysze z dwójki to już majstersztyk.

    • Miałeś swoich ulubieńców w dwójce?

      • Rewol

        Oj, ulubionych to będzie ciężko wybrać, ale chyba byliby to Thane, Mordin i Jack. Ale także postacie z pierwszego mass effecta zaliczyły solidny rozwój ( Garrus z najfajniejszego kompana z jedynki stał się jeszcze lepszy w dwójce, poprawiła się Liara itp.)

        • Masz rację, co do kwestii ewolucji jaką przeszli bohaterowie, tym bardziej było żal niektórych z nich. Z tych, które mnie irytowały wymieniłbym Ashley i Tali. Ta druga szczególnie mocno 🙂

  • BogiUbogi

    O, w końcu ukończyłeś! 😀

    Druga część mi nie podeszła, nie ten klimat, a ostatni boss do tej pory mnie denerwuje, zupełnie beznadziejny koncept moim zdanie ;).

    I to chyba ja jestem jedynym, któremu podobało się (choć nie całkowicie) zakończenie trójki :P.

    • No skończyłem. Nie było wyjścia 🙂 Tzn. zakończenie może być, ale nie tego się spodziewałem 😉

      • BogiUbogi

        Ja mniej więcej byłem przygotowany mentalnie po komentarzach w sieci, ale i tak wsiąkłem i zrobiłem w kilka nocy wszystko wraz z dodatkami. Swoją drogą kupiłem grę prawie rok wcześniej i grałem tylko przez sieć czekając na ostatnie DLC :).

        • Ja niestety wszystkic DLC nie miałem. Bawiłem się dobrze, ale na pewno nie jest to gra, do której chciałbym wracać. Zobaczyłem, co miałem zobaczyć i tyle. Teraz cierpliwie poczekam na kolejną odsłonę 🙂