Cyberpunk, czyli agonia nierozerwalnie związana z przyjemnością, której nie zaczął “Neuromancer”

Cyberpunk umarł. Prawie jak swego czasu – spoiler alert! – Bóg. Tego drugiego nie jestem pewny, ale co do pierwszego mogę napisać, że cyberpunk ma się całkiem nieźle. Wbrew temu, co twierdzą ci, którzy wieszczą jego zgon. Wyczuwając słodką woń gnijących zwłok. Nie będziemy jednak poświęcać im czasu. Zwłokom tym bardziej. Zamiast tego płynnie od trupa przejdziemy do Williama Gibsona, który na szczęście żyje. Konkretnie do krótkiej historii cyberpunku. Jeszcze konkretniej do stwierdzenia, że…

William Gibson “wymyślił” cyberpunk

Zawsze się zastanawiałem, jak to jest coś wymyślić. W sensie, co czuje ten, który dzięki swojemu geniuszowi, szczęściu, albo jednemu i drugiemu, wymyślił coś ważnego. Gibson jest na przykład uważany za wynalazcę cyberpunku. Przynajmniej on jako jeden z pierwszych przychodzi do głowy, gdy ktoś wspomina o początkach gatunku. Nie chcę mu odbierać zasług, ale wypadałoby dodać do tej historii kilka rzeczy. Zacznijmy od tego, że cyberpunk do mainstreamu zaczął przebijać się wcześniej niż przed premierą “Neuromancera”. Zresztą rok jego premiery, czyli 1984, to był bardzo dobry rok, bo oprócz książki Gibsona, Prince śpiewał “When Doves Cry”, a na świecie pojawiłem się ja, Wasz uniżony sługa. Świetna sprawa, ale cofnijmy się o dwa lata. Spójrzmy na repertuar kin. A tam.

Ghost in the Shell
Jeden z projektów wykonanych na potrzeby filmu “Ghost in the shell”

Z początku ostro rugany przez krytykę film “Blade Runner” znany pod polskim tytułem jako “Łowca androidów”. Ridley Scott był pewnie przekonany, że stworzył ważne dzieło, ale o tym jak ważne przekonał się dopiero za jakiś czas. Kiedy opadł kurz po premierze i przyjęciu przygód Deckarda. Film zadaje istotne pytania choćby o naturę człowieczeństwa i spokojnie można uznać, że jest jak najbardziej cyberpunkowym dziełem jeszcze przed tym, jak Gibson wydał na świat swoje magnum opus. Rok później, w 1983, David Cronenberg nakręci pamiętny “Videodrome” z James Woodsem, a wciągając w to wszystko jeszcze raz literaturę okaże się, że cyberpunk rodził się od kilkudziesięciu lat. W końcu K.W. Jeter wydanego w 1984 roku “Dr. Addera” ukończył wiele lat wcześniej. Konkretnie w 1972. Dwa lata później pojawia się opowiadanie “The Girl Who Was Plugged In” napisane przez Jamesa Tiptree Jr. Choć tak naprawdę powinienem napisać Alice Bradley Sheldon, bo Tiptree Jr. to jej pseudonim literacki. Robiąc jeszcze kilka kroków w tył okaże się, że już w wydanej w 1956 roku powieści “Gwiazdy moim przeznaczeniem” Alfreda Bestera widać początki gatunku, który dla wielu narodzi się oficjalnie za ponad dwadzieścia lat. Zresztą dzieło Bestera coraz częściej wskazywane jest jako punkt wyjścia dla wielu cyberpunkowych motywów. Wystarczy wspomnieć choćby poprawianie ciała przez mechanikę czy złe megakorporacje. Nawet patrząc na komiks możemy dojść do wniosku, że Gibson niczego nowego nie wymyślił. W 1982 roku pojawia się przecież “Akira” Katsuhiro Ōtomo, a w Europie na przełomie lat 70. i 80. szaleje Ranx. Komiksy Tanina Liberatore i scenarzystów Stefana Tamburiniego oraz Alaina Chabata są wręcz apoteozą cyberpunku. Buntownicze, brudne i surowe opowieści o androidzie powstałym z fragmentów kserokopiarek nie tyle zadają pytania o człowieczeństwo, co sprowadzają naszą egzystencję do pierwotnych instynktów. Wszak Ranx według swojego twórcy ma robić cztery rzeczy:

  • ćpać,
  • pić,
  • jeść,
  • pieprzyć się.

Kolejność oczywiście dowolna, ale komiksy z nim w roli głównej nadal można uznać za ciężkostrawne choć na pewno interesujące i dorzucające swoją cegiełkę do całego nurtu.

Jednak mimo tych kilku ważnych i znanych tytułów, to “Neuromancer” Gibsona stał się przełomem. Punktem zwrotnym dla gatunku. Sprawił, że jego autora tytułowano ojcem cyberpunku. Dlaczego tak się stało? Nie jest to pierwsza powieść, a jednak pierwsza przychodzi do głowy, bo udało jej się odnieść sukces. Ten z kolei wynikał z tego, że Gibson idealnie uchwycił niepokój społeczny. Strach przed przyszłością wynikającą z nagłego rozwoju technologii, komunikacji czy teraz uważanej za śmieszną “japonizacji” kultury. To ostatnie jest śmieszne, bo w kontekście kultury mówi się o amerykanizacji, ale wtedy, w latach 80. XX wieku wielu Amerykanów widziało w Japonii kraj, który nie tyle kroczy w przyszłość, co wręcz w nią skacze. Zdecydowanie sprawniej od USA. Obawiano się, że to nie USA, a właśnie Japonia przejmie globalny ster. Książka Gibsona stała się iskrą, której potrzebował gatunek. Iskrą, która sprawiła, że cyberpunkowy ogień rozpalił się nie tylko w literaturze, ale i we wspominanym kinie.

Nawet tak interesujący koncepcyjnie i sprawny warsztatowo “Neuromancer” Williama Gibsona, zapoczątkowujący w 1984 r. modę na fantastykę cyberpunkową, pozostaje jednak przede wszystkim powieścią z kręgu popularnego. Być może jest to momentami powieść profetyczna – zwłaszcza, gdy mowa w niej o rozwoju cyberprzestrzeni – niemniej, z uwagi na powiązania genologiczne i założonego odbiorcę, pełni funkcję rozrywkową, nie zaś refleksji nad rozwojem cywilizacji technicznej. – “Z problematyki cyberpunku. Literatura – sztuka – kultura” Adam Mazurkiewicz

W 1987 pojawia się “RoboCop” Paula Verhoevena. Dwa lata później „Tetsuo: Człowiek z żelaza” Shin’ya Tsukamoto, a rok po filmie Tsukamoto możemy obejrzeć “Hardware” Richarda Stanleya. To o tyle ważne, że wszystkie wspomniane charakteryzują się ociężałością w prezentowaniu technologii i spokojnie możemy je uznać za reprezentantów pierwszej fali cyberpunku. Bo gatunek, podobnie jak technologia, zmienia się.

Kim jestem?

Powyższe filmy są zresztą surowe w podejściu do tematu. Prezentują nam konflikt człowieka i maszyny. Mający różne źródła. Czasami ta walka odbywa się między ludźmi a maszynami, a czasami między ludzkim i mechanicznym ja. Tak jak w “RoboCopie”, gdzie to, co pozostało z martwego policjanta staje się częścią maszyny. Od tego momentu rozpoczyna się walka między zachowaniem resztek człowieczeństwa, a akceptacją nowej sytuacji. Tej podporządkowanej mechanicznemu “ja”. Rozważania na temat nas samych ewoluowały. Dowodem na to niech będzie wejście na poziom filozoficzny w “Ghost in the shell”. Przede wszystkim film stawia istotne pytanie o to, czym jest nasza dusza i czy faktycznie powinniśmy mieć absolutną wolność w decydowaniu o tym, jak modyfikujemy swoje ciało? Trzyma widza w szachu między brutalnym obrazem a spokojnymi sekwencjami przemyśleń na temat jestestwa.

Skrajność agonii nie może zostać oddzielona od tej związanej z przyjemnością – Steven Shaviro o “Videodrome”

Wspomniane modyfikacje są dla tematu o tyle istotne, że tak jak “Tetsuo” czy “Videodrome” prezentują je z jednej strony jako źródło przerażenia, a z drugiej jako źródło cierpienia, tak “GitS” idzie w kierunku prostego pytania o granicę. Gdzie ona w ogóle jest? Czym się stajemy korzystając z modyfikacji? Jesteśmy jeszcze ludźmi czy może już nie? Przejście między “Tetsuo” a “GitS” pokazuje też kolejny krok w ewolucji gatunku. Choć jednocześnie nie powinniśmy zapominać o tym, że mimo tej ewolucji cyberpunk pozostaje wierny podstawom. Do tego stopnia, że niektóre koncepcje pozostają niezmienne już od czasów “Frankensteina” Mary Shelley. W tym miejscu niektórzy popukają się w czoło, ale prawda jest taka, że koncept szalonego naukowca jest istotną podstawą dla gatunku. To jego wizje stają się kołem zamachowym dla akcji. To dzięki niemu możliwe jest to, co jeszcze nie tak dawno było niemożliwe. Naukowiec tworzy potwory. Abominacje. Przewody połączone z tkanką. Ostatecznie każdy może stać się takim szalonym naukowcem.

To pytanie o naszą duszę jest zresztą sprytnie wpisane w coś innego. Wspominałem już o tym, dlaczego książka Gibsona odniosła sukces. Jednak trafna obserwacja kondycji ludzkości nie jest zarezerwowana tylko dla niego. Jest wręcz wpisana w kręgosłup całego gatunku. Nawet w “RoboCopie”, który dla wielu jawi się jako cyberpunkowe kino akcji, w którym króluje bezsensowna przemoc, możemy odnaleźć przekaz na temat tego, kim jesteśmy jako społeczeństwo. Może nie tyle kim jesteśmy, a na pewno, kim możemy się stać.

W „Robocopie” cytaty z telewizji przeszłości pełnią funkcję ciągłego komentarza do narracji: od newsów, poprzez reklamy, aż po kretyński sitcom, w którym ciągle powraca jedna fraza: I’d buy that for a dollar, za każdym razem wywołująca te same salwy śmiechu. – Krzysztof Świerk “Konflikt technologii – wczesny cyberpunk”

Gatunek reaguje na to, jak rozwija się technologia. Zmienia się razem z nią. Gibson skupił się na wirtualnej rzeczywistości jak na miejscu, które dla niektórych stanowi drugi dom. Tymczasem kilka lat później Pat Cardigan we “Wgrzesznikach” wykorzystała ją jako źródło przyjemności i tworzenia. Rok później Neal Stephenson w “Zamieci” znowu wraca do wirtualnej rzeczywistości jako do drugiego domu, ale skupia się przede wszystkim na aspekcie finansowym i przy okazji nakreślił zręby świata, który później zmaterializował się w grze “Second Life”. Stare motywy zyskują nową twarz. Dochodzą nowe, jak choćby media społecznościowe. Sporo zmieniły też kable, a w zasadzie ich brak i coraz powszechniejszy bezprzewodowy dostęp do Internetu. W początkach cyberpunku jedna z podstawowych wizji zakładała, że nasza łączność z siecią będzie się odbywać przede wszystkim po kablach, które z kolei staną się integralną częścią ludzkiego organizmu. Nawet w “Matrixie” bohaterowie łączyli się poprzez specjalne okablowanie. Łączność trwała do momentu, gdy ktoś nie wyciągnie wtyczki. Czasami, jak w niektórych przytoczonych książkach, tak długo jak starczyło środków finansowych. Wynika to z tego, że we wczesnym cyberpunku technologia miała swoją “wagę” o czym wspomina cytowany już Krzystof Świerk.

Transmetropolitan
Jeżeli macie przeczytać jeden cyberpunkowy komiks, to niech to będzie “Transmetropolitan”

Zmieniła się geopolityka. Choć w tym wypadku nie zmieniło się to, że bogaci są coraz bogatsi, a biedni pozostają biedni. Jedno się nie zmienia. Fakt, że nowe technologie stają się coraz bardziej integralną częścią ludzkiego życia. To z kolei prowadzi do niepokoju, który tradycyjnie jest połączony z fascynacją. Niepokój możemy zaakceptować. Możemy z nim żyć. Możemy też stanąć twarzą w twarz z naszą przyszłością i walczyć o lepsze jutro. Sposoby walki są oczywiście różne. Niektórzy sięgną po karabin, inni po pióro. Ostatecznie jednak choć przeraża nas zacieranie się granic cielesności, to jednocześnie fascynują możliwości, jakie to przed nami otwiera. Może faktycznie nasze ciało ostatecznie stanie się ewolucyjnym przeżytkiem? Fazą przejściową dla lepszego, bardziej wydajnego i trwałego nośnika świadomości. Nośnika duszy?

  • Koleżka Śniegowy

    A czy jeszcze wcześniej nie było motywów cyberpunkowych w “Stand on Zanzibar”?
    Co nie zmienia faktu, że Gibson będzie i tak nadal uważany za twórcę cyberpunku, bo jako pierwszy się “przebił” na szerokie wody popkultury.

  • Czesław Wapno

    No i Frank Miller, który na początku lat osiemdziesiątych, zanim jeszcze oszalał, popełnił Ronina. Korporacja, SI i samuraj w jednym komiksie.

    • Zgadza się. Warto dorzucić do tego również “Hard Boiled” 🙂

  • rob

    w sumie na upartego to można cofnąć się jeszcze dalej w sumie metropolis to w pewnym sensie też cyberpunk bo miasto moloch jest jest szalony naukowiec jest jest maszyna która się wyrywa z pod kontroli jest jest itp a można cofnąć się do 1905?r i E.M.Fostera maszyna staje gdzie mamy ludzi uzależnionych od maszyny i czegoś co jako żywo przypomina sieć internetową a na pewno można mówić i video chat-ach 🙂 a w anime w sumie to już cyborg 009 i Atom Boy z l 60 też mają elementy cyberpunku w postaci maszyn które są na takim poziomie że w zasadzie można nazwać je ludźmi itd itp

    • “Metropolis” to dobry trop. Swoją drogą mam wrażenie, że często cytowany w różnych dziełach traktujących o cyberpunku.