Chciałem być dziennikarzem. Podobno nieźle pisałem. Nie, że jakoś wybitnie. Nie, że miałem talent. Ot, dało się czytać to, co napisałem bez bólu zębów. To dużo. Dlatego uznałem, że byłaby to świetna sprawa, gdybym był dziennikarzem. Mógł pisać i na tym zarabiać. Kiedy już zacząłem pracę unikałem tego określenia. Uważałem, że dziennikarzem jest się dopiero wtedy, gdy już się coś sobą prezentuje. Ma się dorobek, coś się udowodniło światu i sobie. Czułem się jak pismak co najwyżej, a nie dziennikarz. Dziennikarzami są Christiane Amanpour czy Wojciech Mann, ale nie ja. Z tym tytułem wiązała się odpowiedzialność. Za słowa, za czyny, w sumie za wszystko. Niestety coś się zmieniło albo tak mi się tylko wydaje.

Prawdziwe kłamstwa

Mam wrażenie, że w tym roku obserwowaliśmy apogeum problemów z jakimi borykają się nie tylko nadawcy, ale i odbiorcy. Przeszliśmy od cywilizacji faktów do cywilizacji faktoidów. Choć kilkadziesiąt lat temu pisał o nich Norman Mailer dopiero teraz wraz z dostępem do informacji i tym, jak wielu ludzi może te informacje “produkować” faktoidy rozkwitły. Jesteśmy bombardowani kolejnymi tekstami i materiałami wideo na tematy różne. Bezrefleksyjnie chłoniemy wszystko, co do nas trafia. Powoli przestajemy lub wręcz już przestaliśmy odróżniać źródło rzetelne od takiego, które z rzetelnością nie ma nic wspólnego. Informację prawdziwą od informacji zmyślonej. Uznajemy, że skoro mówią o tym media, to znaczy, że to fakt. Nie chcę pisać, że kiedyś było lepiej. Nie było lepiej. Było inaczej.

Faktoid – informacja traktowana jako prawdziwa tylko dlatego, że ukazała się w mediach. Pojęcie wykreowane w roku 1973 przez Normana Mailera w jego biografii Marilyn Monroe. Przyrostek „-oid” można tłumaczyć jako „-podobny” – zgodnie z intencją Mailera, który pragnął wykreować określenie zjawiska podobnego do faktu.

Swój kamyczek do tego ogródka dorzucają sami dziennikarze. Ludzie, którzy powinni starać się przekazać nam prawdę – najbliższą obiektywnej prawdzie o danej sytuacji – nie potrafią, a może nie chcą, przeprowadzić rzetelnych relacji z najważniejszych wydarzeń. Bez względu na to, czy dziennikarz jest pociotkiem dobrej zmiany czy lewakiem, czy może zaplutym karłem reakcji. Łatwiej im informować o potknięciu gwiazdy filmowej na czerwonym dywanie niż o ginących dzieciach w Syrii. Łatwiej przerzucać się oskarżeniami na temat tego, kto kłamie, kto manipuluje, kto obraża i nadużywa władzy jaką daje informowanie.

Nie potrafię lepiej niż oni. Nie mam nawet ochoty wskazywać nikogo palcem. Piszę o tym, bo mnie to uwiera. Boli, że coraz mniej dbamy o to, aby weryfikować to, co później mamy zamiar wypuścić w świat. Z tej potrzeby weryfikacji w pewnym sensie wyrosła Lektura Obowiązkowa. Chciałem, aby powstało miejsce, w którym ktoś dowie się czegoś interesującego na temat kultury, a i ja weryfikując przekazywane informacje poszerzę własne horyzonty. Mimo usilnych prób sam popełniam błędy. Zdarzają się one lepszym ode mnie. Jednak czym jest moje pisanie przy próbie informowania o tragedii ludzi w Aleppo czy w wielu innych miejscach, w których przelewano krew kobiet i dzieci. Niczym, bo piszę te słowa siedząc w ciepłym mieszkaniu, z pełnym brzuchem i zimnym piwem czekającym w lodówce.

Najgorsze, co może się stać

Najbardziej przeraża mnie jednak to, że czuję się coraz bardziej sam. Niby jestem poinformowany, ale jednocześnie coraz bardziej jestem niedoinformowany. Prawda miesza się z fikcją. Na moich oczach staje się to, czego obawiałem się najbardziej. Doszedłem do momentu, w którym nie wiem, czy to co czytam jest prawdą. Tracę, choć pewnie powinienem napisać, że już straciłem, zaufanie. Do tego co widzę i słyszę. Zasiano we mnie wątpliwość, która wyrosła i ma się naprawdę dobrze podlewana przez kolejnych dziennikarzy, którzy przywłaszczyli sobie ten tytuł. Często nawet nie dziennikarzy, a po prostu jednostki wypuszczające w eter, co im ślina na język przyniesie.

Tracę punkt zaczepienia. Wiarę i pewność, że są rzeczy stałe i takie, którym mogę zaufać. Uodparniam się na cierpienie. Staję się człowiekiem, który nie rzuci żebrakowi pieniędzy, bo przecież może się okazać, że to nie żebrak, a przebieraniec, który żyje jak król pod miastem i kiedy kończy żebrać o pieniądze ubiera się w piękny garnitur i nalewa whisky. Gdy myślę o tym, co dzieje się tam, gdzie mnie nie ma przypominają mi się słowa narratora z “Fallouta”, który mówił, że wojna się nie zmienia. To prawda zarówno ta prowadzona na lądzie i w powietrzu, jak i ta o uwagę czytelnika lub widza. Tylko ofiar szkoda.

Fot. Jevgenijs Slihto/Flickr.com