Blogowanie
Anonymous Account/Flickr.com

Czego nauczyło mnie blogowanie, czyli krótkie podsumowanie roku pisania

Powinienem zacząć od tekstu o tym, że dwanaście miesięcy minęło jak oka mgnienie. Że dziękuję bogu, każdemu, Jezusowi, jednemu, oraz że wow i w ogóle super. To oczywiste, że rok minął błyskawicznie. Teorii ewolucji takim stwierdzeniem nie odkryję. Zamiast tego postanowiłem podzielić się tym, co dało mi pisanie dla siebie i jak się szybko okazało przede wszystkim dla Was.

1. Polubiłem blogi

Zdradzę Wam coś. Nie lubiłem blogów. W sumie nadal nie lubię, ale przez ostatni rok znalazłem sporo miejsc, które staram się odwiedzać regularnie. Pisałem o nich wiele razy, a wkrótce pojawią się na liście, którą obiecywałem od jakiegoś czasu, ale ciągle nie mam kiedy do niej usiąść. Moja niechęć wynikała z tego, że blogi kojarzyły mi się z ludźmi starającymi się udowadniać innym, że ich racja jest tą jedyną. Uczyli i niestety ciągle uczą życia innych mimo, że w dupie byli i gówno widzieli. Przełknąłem ten fakt i po prostu wymazałem z pamięci, że są takie miejsca. Żyje mi się lepiej choć co jakiś czas zastanawiam się, dlaczego nie podszedłem do tego w ten sposób od samego początku? Bywam debilem.

2. Zacząłem bardziej w siebie wierzyć

Prowadzę LO w pewnym sensie jako terapię dla samego siebie. Pewnie założyłbym bloga wcześniej, ale długo myślałem, że nie jestem “dość dobry”. Dziwnie to brzmi, gdy chodzi o człowieka, który od wielu lat pisze i wystawia swoje teksty na krytykę innych. Niestety ciągle mam problem z własną samooceną, więc blog stanowi właśnie taką wspomnianą terapię. Udowadniam sobie, że mogę napisać coś, co się spodoba. Że mogę tworzyć miejsce, do którego czytelnicy chcą wracać mimo tego, że blogów takich jak Lektura Obowiązkowa jest na kopy. Szybciej niż myślałem okazało się, że chcecie te moje wymysły czytać. Nie wiem, czy jesteście zdrowi psychicznie, ale dziękuję Wam. Nawet jeżeli jesteście kilkunastotysięczną rzeszą wariatów.

3. Lepiej zarządzam czasem wolnym

Mam go mniej, a mimo to jakoś udaje mi się pogodzić pracę, rodzinę, hobby i pisanie. Tak jak kiedyś wspominałem bardzo bym chciał pisać codziennie, ale zwyczajnie nie jest to możliwe. Z drugiej strony może to lepiej, bo dzięki przerwom chce mi się wracać do pisania. Jednym słowem jak ktoś mówi, że nie ma czasu, to albo pracuje w NASA i ciągle ratuje wszechświat, albo zwyczajnie nie potrafi zarządzać swoim czasem. Przy okazji okazało się również, że ambitne plany dokładnego rozpisywania szkiców tekstów wzięły w łeb. Nadal piszę każdy idąc na żywioł. Z tego powodu wiele tekstów mogło być lepsze, a tak ciągle je przeglądam i się wkurzam. Nie można mieć wszystkiego.

4. Poznałem zajebistych ludzi

W wielu wypadkach są to znajomości wirtualne, ale hej, takie też mają wartość, a kto wie, może i w realu będzie tak fajnie, jak w relacjach na Twitterze czy Facebooku. Jak mawiał Karol Marks: “wszystko jest możliwe”*. To miłe słyszeć, że robi się coś dobrze. Dobrze jest też usłyszeć, że ktoś się nie zgadza z moim punktem widzenia. Szanuję każdego, kto potrafi bronić swojego zdania i poddaje w wątpliwość wnioski, które przedstawiłem. Po to jest ten blog. Chyba.

5. Nauczyłem się cierpliwości

Jako gracz mam pewną przypadłość, która sprawia, że ciężko jest mi ukończyć jakąś grę. Najgorzej jest z tytułami, w których trzeba stworzyć postać. Po jakimś czasie mam wątpliwości czy na pewno chcę nią grać. W ten sposób wracam do punktu wyjścia, tworze nową, znowu mam wątpliwości i tak do porzygu. Z blogiem miałem podobnie. Na przykład często myślę, że czas zmienić szablon. Później mi przechodzi, ale już kilka razy byłem naprawdę blisko. Regularne pisanie i kontakt z czytelnikami sprawił, że jestem bardziej cierpliwy. Nawet udaje mi się kończyć gry, więc to na pewno jakiś sukces.

6. Mimo wszystko marny ze mnie bloger

Kolejny raz utwierdziłem się w przekonaniu, że nie jestem mistrzem w nawiązywaniu współprac. Przez dwanaście miesięcy nie nawiązałem żadnej, która przyniosłaby mi te sławetne dary losu (ostatnio nawet drony losu) czy nawet krótkie słowa otuchy. Wychodzę z założenia, że jak ktoś chce, to wie jak ze mną nawiązać kontakt. Jak nie wie, to trudno. Nie wie co traci.

7. Mogłem wybrać inną nazwę bloga

Dotyczy to punktu piątego. Raz na jakiś czas wpadam na pomysł innej nazwy i wtedy robię się smutny. Mogłoby być coś krótszego, bardziej chwytliwego, czy jak mawia młodzież, sexy. Później mi przechodzi, a ja przytulam tę moją nazwę jak brzydkiego psa bez nogi, którego mimo wyglądu i tego, że śmierdzi mocno kocham.

8. Wiem, że się mnie nie pozbędziecie

Domenę mam opłaconą na kolejny rok, więc na pewno nigdzie nie idę. Przykro mi.

To tyle ode mnie. Na koniec krótko o danych statystycznych dla tych, którzy lubią cyferki. Przez dwanaście miesięcy:

  • Napisałem 181 wpisów
  • Blog odwiedziło 109.862 użytkowników – tym się nawet jaram, bo jakby mi ktoś powiedział, że ponad 100 tysięcy ludzi przez rok odwiedzi miejsce, które stworzę “tymi ręcami”, to bym powiedział, aby puknął się w czoło.

Jak macie skargi, zażalenia, sugestie, to komentarze są Wasze.

* Nie wiem, czy tak mawiał. Może mówił. W sumie czemu nie.

Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed
More Stories
Najlepsze komiksy w historii
Komiksy, które trzeba przeczytać przed śmiercią – Część 5