Desmond Doss – anioł stróż z Okinawy

Wojna kojarzy się z zabijaniem. Medale dla bohaterów często też kojarzą się z zabijaniem. Desmond Doss też mógłby się z tym kojarzyć. W końcu jest bohaterem wojennym, który brał udział w jednym z najsłynniejszych starć w historii II Wojny Światowej. Mógłby i pewnie niektórzy kojarzą go przede wszystkim z bardzo ciężką kampanią na Okinawie. Ciężką to mało powiedziane, bo mówimy tu o najbardziej krwawej bitwie w historii walk o Pacyfik. Bo choć był żołnierzem i chciał służyć swojemu krajowi to drogę do męstwa wybrał inną. W końcu zamiast odbierać życie uznał, że będzie je ratować.

Uparty jak osioł

Pisząc ostatnie zdanie słyszałem cichy pomruk niezadowolenia. Przecież to żaden wyczyn. W końcu w trakcie wojny oprócz żołnierzy przelewających krew i inne płyny ustrojowe na polu bitwy jest masa innych osób, które są kluczowe dla prowadzenia działań wojennych. Pielęgniarki, lekarze, kapelani, czy osoby pracujące przy wytwarzaniu broni. Oni też mogą być bohaterami. Czym w takim razie zasłynął Desmond Doss? Niezłomnością i wiarą. Jako pierwszy w historii amerykańskiej armii odmówił noszenia ze sobą broni i o ile to nie musi budzić jeszcze podziwu, to przez wzgląd na wiarę odmówił też walki, a tym samym przemocy wobec drugiego człowieka. Z jednej strony chciał służyć swojemu krajowi, a z drugiej uważał, że nikt nie może go zmusić do tego, aby postępował wbrew własnym przekonaniom.

To co zrobiłem, to była służba miłości – Desmond Doss

Widzicie, Desmond Doss, był bardzo wierzącym człowiekiem. Takim, u którego słowo droższe od pieniędzy. Jako członek Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego wiedział, że musi wiernie służyć ojczyźnie. Skoro była wojna, to młody Desmond niewiele myśląc uznał, że może pomóc. Jest zdrowy, silny – choć typem Goliata na pewno nie był – może się przydać. I jak pomyślał, tak zrobił. Wstąpił do armii i jakież musiało być zdziwienie jego przyszłych zwierzchników, gdy młody patriota palący się wręcz do służby na hasło karabin odmawia dalszej współpracy. Próbowali wszystkiego, a jednak nasz bohater nie dał się złamać, bo uznał, że skoro postanowił, że nie weźmie do ręki broni to będzie trwać w tym postanowieniu choćby miała to być ostatnia rzecz, którą zrobi. Tym bardziej, że według niego nie robił nic złego.

Desmond Doss
Desmond Doss/Fot. Domena publiczna

Tu dochodzimy do najciekawszego. Wbrew temu, co możecie pomyśleć, to nie kościół wymuszał na nim takie postępowanie. Służba ojczyźnie? Owszem. Stronienie od przemocy? Oczywiście, jeżeli to możliwe. Nigdzie jednak nie jest zapisane, że koniecznie musi walki unikać, bo gdy ta go wreszcie spotka to od niego zależy jak się zachowa. Desmond miał wybór. Mógł nadal służyć swojej ojczyźnie, ale przynajmniej mieć przy sobie broń. Uznał jednak, że zabijanie to ostatnie co miałby zamiar zrobić. Choć wielu uznawało go za szaleńca ten nikomu wcześniej nieznany chłopak z Virginii do końca służby nie oddał nawet jednego strzału. Mimo tego udało mu się zapisać złotymi zgłoskami w wojennej historii świata.

Kiedy pójdziemy do walki Doss, sam cię zastrzelę – jeden z kolegów podczas obozu przygotowawczego

Swoim postępowaniem zdenerwował wiele osób. Nie tylko dowódców, którzy za bardzo nie wiedzieli jak zachować się w sytuacji, w której ich postawił, ale i tych, których życie miał później ratować. Okazało się, że dla innego żołnierza człowiek, który chce być za żołnierza uważany musi mieć przy sobie broń. W innym wypadku jest bezwartościowy. Dawali temu wyraz wielokrotnie uznając, że Doss na polu walki będzie bezużyteczny, a w najgorszym wypadku będzie dla nich ciężarem. Wkrótce mieli się przekonać, jak bardzo się mylili.

Piekło Okinawy

Szybko okazało się, że Doss jest nie tylko twardym człowiekiem, jeżeli chodzi o przekonania. Jest nieocenionym wręcz kompanem, który nigdy cię nie opuści. Przed samą kampanią na Okinawie Doss zdążył zdobyć Brązową Gwiazdę za narażanie życia, aby udzielić pomocy rannym w Leyte na Filipinach.

Gwiazda Sił Zbrojnych Stanów Zjednoczonych przyznawana za odwagę w obliczu nieprzyjaciela, bohaterstwo lub przykładną służbę.

Po wydarzeniach na Filipinach wraz z oddziałem został przeniesiony na Okinawę, a tam trafił do grupy, która atakowała dobrze ufortyfikowany i ciężko dostępny stok Maeda. Kiedy rozpoczęły się działania zbrojne i żołnierze w końcu przypuścili odważny szturm na szczyt dostali się pod ostrzał zarówno artylerii, moździerzy jak i ciężkiej broni maszynowej. Straty były ogromne. Widząc, co się dzieje wielu żołnierzy wycofało się, ale nie Desmond Doss. Podobnie jak wcześniej w Leyte tak i na Okinawie postanowił, że nie zostawi rannych kolegów. Będąc pod ciągłym ostrzałem udało mu się uratować dziesiątki żołnierzy. On twierdził, że dziesiątki i to bardzo niechętnie, bo jego dowódcy utrzymywali, że łącznie ocalił ponad setkę żołnierzy. Oficjalna wersja mówi o 75 istnieniach i żeby było śmieszniej zaniżał ją sam Doss twierdząc, że uratował najwyżej 50 kolegów.

Desmond był bardzo pokornym człowiekiem. Nie był dumny z tego, co zrobił. Był dumny z tego, że Bóg pozwolił mu uratować tak wiele istnień. – przyjaciel Dossa, pastor Les Speer

Wyobraźcie sobie, że jesteście pośrodku pola walki, na którym przed chwilą dokonano masakry Waszych kolegów. Zostajecie praktycznie sami i od tego momentu rozpoczynacie poszukiwanie tych, którzy żyją. Każdego odciąganie dziesiątki metrów, a następnie opuszczacie na linie w dół zbocza – w zasadzie klifu, bo całe zbocze kończyło się bardzo stromym klifem. Ciężko to sobie wyobrazić, a jednak Doss tak zrobił. Zresztą nawet koniec wojny był w jego wypadku niezwykły.

Po udzieleniu pomocy tym, których udało się odnaleźć, wraz z trzema innymi żołnierzami odczołgał się do jakiejś dziury, aby przeczekać w ciemnościach i jak się uda ostatecznie wycofać z pola walki. Niestety do ich kryjówki wpadł granat. Doss niewiele myśląc przykrył go własnym butem. Granat eksplodował odrzucając Desmonda do tyłu. Gdy upadł na ziemię zauważył, że jakimś cudem ma jeszcze nogę, ale ta krwawi z wielu ran. Opatrzył ją i przez pięć godzin czekał aż nastanie dzień. Kiedy przybyła pomoc odmówił, aby medycy zabrali jego zamiast ciężej rannego kolegi. Znowu czekał, gdy w końcu dołączył do niego inny ranny żołnierz. Pomagając sobie nawzajem wycofywali się, gdy doszło do kolejnego niesamowitego zdarzenia. Kula japońskiego snajpera trafiła Desmonda w nadgarstek, wyszła łokciem, a następnie utkwiła w ramieniu. Gdyby nie ręka Dossa najpewniej zabiłaby jego kolegę, bo snajper celował w kark żołnierza, o którego ramię opierał się Desmond.

Przełęcz ocalonych
Wspominałem o tym, że było stromo?/Fot. “Przełęcz ocalonych” reż. Mel Gibson

Znaleziona zguba

Ciężko mi zakończyć ten tekst inaczej niż jeszcze jedną krótką historią z życia Dossa. Jak już zapewne się domyśliliście był to bardzo wierzący człowiek. Skoro tak, to jego ulubioną lekturą musiała być Biblia. I faktycznie nią była. Egzemplarz, który miał przy sobie był wyjątkowy, bo w środku znajdował się list od żony:

“Najdroższy Desmondzie! Gdy będziesz czytał i studiował bezcenne obietnice znajdujące się w Słowie Bożym, w tej małej Biblii, obyś otrzymał siłę we wszelkich trudnościach, jakie mogą Cię spotkać. Niech twoja wiara w Boga przyniesie Ci pocieszenie i da pokój serca, abyś nigdy nie był smutny albo samotny, choćby przyszłość wydawała się najciemniejsza. Jeśli nie spotkamy się więcej na tej ziemi, mamy pewność, że będziemy w niebie. Niech Bóg w swojej łasce sprawi, abyśmy byli tam razem. Twoja kochająca żona – Dorothy”

Pod koniec kampanii na Okinawie Biblia zaginęła. Kompania Desmonda mając w pamięci to, co zrobił dla nich ich ranny kompan przeszukała miejsca, w których prowadzono walki i znalazła ją. W dobrym stanie. Z listem w miejscu, w którym zostawił go Desmond. I niech mi ktoś powie, że życie nie bywa ciekawsze niż fikcja. Z cudami i bez.

Fot. tytułowa – fragment plakatu promującego film “Przełęcz ocalonych” w reżyserii Mela Gibsona

Total
2
Shares
  • Marta Tyckun

    Podziwiam tego człowieka, tym bardziej, że sama jestem Adwentystką. Cieszę się, że o nim napisałeś.

  • rob

    teraz rozumiem dlaczego gibson to nakręcił to historia w jego typie no może jeszcze eastwood by do niej pasował 🙂