Mój rok 2017: 12 albumów muzycznych, które skradły mi nerkę

Mój rok 2017: 12 albumów muzycznych, które skradły mi nerkę

Kontynuując podsumowanie roku 2017 zdradzę Wam sekret. W przeszłości – nie tak odległej – sporo pisałem na temat muzyki. Na blogu muzyki pojawia się niewiele, ale uznałem, że koniec roku można to zmienić i zaprezentować krótkie zestawienie albumów, które skradły mi organy wewnętrzne.

Nie są to albumy najlepsze. Bardziej takie, których namiętnie słuchałem w 2017. To nawet nie muszą być albumy z tego roku. Powody, dla których ich słuchałem są różne. Nie będę się jednak bawić w krytyka muzycznego. Bardziej chcę się z Wami podzielić – jak zwykle – własnym gustem. Będzie to też okazja do tego, abyście mogli dodać kilka albumów do własnych playlist. Wtedy wszystkie poniższe czekają na to aż klikniecie play. Lub zapisz. Lub dodaj. Lub zapomnij. Lub nie wiem, jaka może być inna opcja. Korzystajcie.

Tytuł: “No one ever really dies”
Artysta: N.E.R.D.

Zaczynamy od krążka, który zaskoczył drogowców niczym meteoryt miasto w filmie Rolanda Emmericha. Przyznam się bez bicia, że nie śledziłem doniesień z obozu N.E.R.D., ale jak już weszli do mojej świadomości to – jakby to powiedział Gustaw Holoubek* – na pełnej kurwie. Bardzo dobra produkcja, świetne podkłady. Może momentami jest nierówno, a wśród gości pojawiają się Rihanna i Ed Sheeran (w tym miejscu chciałbym przeprosić wszystkich fanów tych artystów, ale reaguję na nich delikatnie pisząc alergicznie), ale ostatecznie to naprawdę udany krążek. Na imprezy sylwestrowe też się może nadać.

Tytuł: “Flying Microtonal Banana”
Artysta: King Gizzard & Lizard King

Sam zespół odkryłem w tym roku przy okazji interesującego i bardzo udanego “Nonagon Infinity”. Ten krążek też polecam, bo słuchając go można odnieść wrażenie, że jeden numer przechodzi w kolejny, a całość jest tak naprawdę jednym, wielkim zapętlonym utworem trwającym ponad 40 minut. Z kolei na ten rok panowie z Australii postanowili, że nagrają pięć krążków. Jak zapowiedzieli tak zrobili i moim zdaniem “Flying Microtonal Banana” jest z nich najlepszy. Głównie przez to, że został nagrany z wykorzystaniem ćwierćtonów. Ćwierćtony są charakterystyczne np. dla muzyki starożytnej Grecji. Aktualnie korzysta się z nich rzadko, a oni nagrali album. Dla fanów muzycznych eksperymentów.

Tytuł: “Tear the robots”
Artysta: Kaleida

Kaleida uwiodła mnie numerem “Think”, który pojawił się na ścieżce dźwiękowej pierwszego “Johna Wicka”. W kinach zdążył pojawić się drugi film z Johnem, a albumu jak nie było, tak nie było. W końcu Christina Wood i Cicely Goulder wydały swoje pełnoprawne dziecko i jak spodobało się Wam “Think”, to i cały album też przypadnie Wam do gustu. Dla fanów electropopu.

Tytuł: “The Assassination of Julius Cesar”
Artysta: Ulver

Zaczynali od black metalu, a skończyli na spokojnej, intrygującej elektronice. “Tha Assassination of Julius Cesar” to kawał albumu. Świetnie wyprodukowanego, przemyślanego. Otwierający numer “Nemoralia” w pewnym momencie 2017 miałem zapętlony. W tym roku pojawiła się też krótka EP-ka z coverami (“Sic Transit Gloria Mundi”). Trzy utwory, które na pewno znacie, choć niekoniecznie musicie lubić. Muzyka idealna do pracy, odprężenia się. Można też przy niej poczytać.

Tytuł: “Meliora”
Artysta: Ghost B.C.

Krążek z roku ubiegłego, ale ciągle w czołówce, jeżeli chodzi o jakość produkcji. To jak instrumentalnie wszystko się na nim spina zasługuje na wszelkie nagrody. Zresztą według Spotify Ghost B.C. królował wśród artystów, których słuchałem w 2017 roku. “Meliora” może przypaść do gustu nawet tym, którzy z szeroko pojętą muzyką metalową nie mają wiele wspólnego. Głównie przez to, że bliżej jej do metalu kościelnego niż stereotypowego darcia ryja i galopujących gitar.

Tytuł: “Clinically Blase”
Artysta: M|O|O|N

M|O|O|N sprawił, że przy soundtracku z “Hotline Miami” krwawiły mi uszy. Tymczasem jego pełnowymiarowy album to coś zupełnie innego. Spokojne, elektroniczne granie. Sterylne, co spotkało się z krytyką “starych” fanów. Nie słuchajcie ich. Być może to jest jego najgorszy krążek, ale nie warto go przekreślać już na starcie.

Tytuł: “Wild Style”
Artysta: Robots With Rayguns

Jak kochacie retro, to posłuchajcie “Wild Style”. Zresztą Robots With Rayguns brzmi wystarczająco zajebiście. W tym roku pojawił się też krążek “Slow Jams”, na którym można usłyszeć utwór “Memories”. Raz puszczony gwarantuje wylądowanie “na ripicie”.

Tytuł: “New Flesh”
Artysta: Priest

Co się dzieje, gdy muzycy mają ze sobą na pieńku? Niektórzy zakładają własne kapele. Tak jest z Priest. Formacja stworzona przez ludzi związanych z Ghost B.C. zadebiutowała w tym roku i jak chcecie posłuchać trochę surowszego, może delikatnie mroczniejszego, Depeche Mode, to w wielkim uproszczeniu jest to właśnie Priest. Oczywiście pamiętając o Depeche Mode z lat 80. XX wieku. “The Pit” czy “The Cross” potrafią zostać w głowie na bardzo długo.

Tytuł: “Runaljod – Ragnarok”
Artysta: Wardruna

Fani serialu “Wikingowie” na pewno kojarzą Wardrunę. Zresztą jej wokalista pojawia się od czasu do czasu na ekranie. Przez cały rok “męczyłem” całą dyskografię. Tutaj wybrałem album najnowszy. “Odal”, “Raido” sprawiają, że mam ochotę chwycić topór i tarczę. Wsiąść do drakkara byle jakiego i ruszyć grabić i palić wioski. Niby folk metal, ale szczerze mówiąc to tylko etykieta, bo muzyka Wardruny ma w sobie więcej pierwotnej energii. Wydaje się żywcem wyciągnięta ze skandynawskich obrzędów.

Tytuł: “Galvany Street”
Artysta: Booka Shade

Walter Merziger i Arno Kammermeier to weterani, ale ciągle udaje im się nagrać coś od czego nie można się uwolnić. W przypadku “Galvany Street” nagrali na przykład jeden z najbliższych mi numerów. “Loneliest Boy”:

I am the loneliest boy on the planet
I am the loneliest soul on the street
I am the loneliest boy on the planet
So what about you?

House, minimal, jak ktoś lubi etykiety gatunkowe. Dla mnie najważniejsze jest to, że jest tam spokój, a tego ciągle mi mało.

Tytuł: “DAMN.”
Artysta: Kendrick Lamar

Jeżeli chodzi o mainstream amerykańskiego hip-hopu to nie ma króla ponad Kendricka Lamara. Owszem są raperzy, którzy lirycznie mu nie ustępują, a nawet go przewyższają np. Aesop Rock, ale jeżeli chodzi o opowiadanie historii, celność spostrzeżeń i równy poziom, to Kendrick nie ma sobie równych. Nie jest przy tym błyszczącym, ganiającym po imprezach raperem. Ostatnio mam wrażenie, że gdzie się nie obrócę tam Kendrick, ale to dobrze. Niech się niesie.

Tytuł: “Villians”
Artysta: Queens of the Stone Age

QotSA pojawia się dlatego, że to QotSA. Nieważne, co nagrają, wiem, że będę tego słuchać. Z “Villians” jest dokładnie tak. W przypadku formacji Josha Homme’a jestem po prostu bezkrytyczny.

Oprócz tego warto wspomnieć o:

  • Metallica “Hardwired” – stara miłość nie rdzewieje, ale starość daje się im już we znaki. Choć potrafią jeszcze wykrzesać z siebie odrobinę ognia.
  • Yelawolf “Trial by fire” – album mocno średni, najlepsze numery pojawiły się przed jego premierą. Niemniej i tak warto sprawdzić dla klimatu amerykańskiego południa.
  • Solstafir “Berdreyminn” – atmosferyczny rock z Islandii. Nie musicie dziękować.
  • Elsiane “Hybrid” – muzyczny miszmasz. Od elektroniki, przez jazz, po rocka. Jak nie zirytuje Was charakterystyczny głos wokalistki, to się zakochacie.
  • MCC [Magna Carta Cartel] “Goodmorning Restrained” – to chyba post rock, ale ja się nie znam. W tym roku wrócili. Też byli zw. z Ghost B.C.
  • The Night Flight Orchestra “Amber Galactic” – dla fanów retro rocka.
  • Soup “Remedies” – album odkryty dzięki Wojtkowi Bierońskiemu, który podrzucił go w ostatnich kilku dniach i od razu całość siadła. Post rock, który coś w człowieku pozostawia. I bynajmniej nie jest to zgaga. Wojtek od czasu do czasu pisuje na własnym blogu otld.pl,

To i tak nie wszystko, co chciałbym Wam polecić, ale gdybym miał pisać o wszystkim, to pewnie ostatecznie bym nie skończył. Dlatego zostawiam Was z tym, co znajdziecie powyżej. Miłego słuchania.

Sprawdź:

Najlepsze nowe seriale 2017

 

* Nie wiem, czy mistrz tak by powiedział, ale gdyby się urodził trochę później, to zakładam, że jest to możliwe.

Fot. tytułowa to fragment okładki albumu “Remedies” Soup. Zdjęcie wykonał Lasse Hoile.