Poprawność polityczna – czym jest i czym na pewno nie jest

Pisałem już na ten temat w krótkiej notce na Facebooku i myślałem, że dam sobie spokój. Że wrócę do tekstów, które skupią się na rzeczach, o których część z Was nie chce czytać, część czyta kompulsywnie, część nie wie, że chciało to przeczytać, a część ma mnie głęboko w dupie. Niestety, kiedy kolejny raz widzę, że ktoś używa terminu “poprawność polityczna” w każdym możliwym kontekście, który ma wytłumaczyć np. fakt otrzymania przez “Spotlight” Oscara za najlepszy film, to coś we mnie pęka. A tak naprawdę…

W poniższej wypowiedzi mogą pojawić się słowa powszechnie uznawane za niecenzuralne. Tak tylko ostrzegam.

Tak zwyczajnie, po ludzku, wkurwiam się. Krew mnie zalewa, ściska mnie mocno w klatce piersiowej z powodu ludzkiej głupoty, ignorancji i kilku innych rzeczy, których nie chce mi się wymieniać, bo bardzo często komentarze na temat poprawności politycznej w kontekście tematu zmiany czegoś w popkulturze, co jest związane np. z mniejszościami, umieszczają osoby, które starają się, aby uznać je za intelektualne ameby. Rozumiem z czego to wynika, wszak tak jest po prostu łatwiej napisać, bo dwa słowa od razu mają kontekst, wszyscy wiedzą o co chodzi, mogą zacząć przytakiwać albo się z tym nie zgadzać. Rzecz w tym, że w wielu wypadkach poprawność polityczna nie jest tym, czym autorzy chcą, aby była.

Przeszła mniej więcej taką samą drogę, co “krytyka”. W sensie konotacji. Krytyka pierwotnie oznaczała dyskusję, nie wiązała się tylko z tym, że ktoś nas krytykuje, czyli np. wytyka nam błędy, narzeka, bo jest chujem – to słowo kilka razy się tutaj pojawi, bo to słowo klucz. Chodziło o analizę zarówno dobrych, jak i złych stron zagadnienia. Niestety aktualnie, jak ktoś krytykuje, to zwykle się czepia ergo jest wspomnianym chujem. Poprawność polityczna też oznacza coś zupełnie innego. Bez względu na to, czy mówimy o filmie, komiksach, książkach czy wreszcie polityce.

To czym jest poprawność polityczna?

Wbrew powszechnemu mniemaniu i forsowanej retoryce wcale nie chodzi o wciskanie na siłę do filmu czarnoskórych bohaterów albo przemianie popularnych postaci komiksowych w homoseksualistów. Zacznijmy od definicji. Kilku, aby była jasność.

Sposób używania języka w dyskursie publicznym, którego deklarowanym celem jest zachowanie szacunku oraz tolerancji wobec przeciwnika w dyskusji. – Wikipedia

Definicja kolejna, tym razem pochodzącą ze Słownika Języka Polskiego:

Unikanie wypowiedzi lub działań, które mogłyby urazić jakąś mniejszość, np. etniczną, religijną lub seksualną.

I taką, która może nie jest definicją, ale podoba mi się, bo podsumowuje to, czym ta poprawność polityczna tak naprawdę jest. Autorem owej jest Neil Gaiman:

Zacząłem wyobrażać sobie świat, w którym “traktować innych ludzi z szacunkiem” zastępuję “poprawność polityczną” i to był powód do radości.

Mówiąc krótko, po pierwsze poprawność polityczna odnosi się przede wszystkim do języka i dyskusji, a po drugie oznacza mniej więcej tyle, co napisałem na początku, nie bądź chujem. Po prostu. Abyśmy nie mówili o homoseksualistach per pedał, aby Chris Rock nie usłyszał, że gdy pojawia się na scenie, to jest asfaltem i czarnuchem. Tak samo, jak ja bym nie chciał usłyszeć, że jestem pieprzonym białasem. Poprawność polityczna nie jest cenzurą, próbą wymuszenia na nas czegoś, czy ingerowaniem w wolność. Jest sposobem na to, aby zwracać się do innych z szacunkiem, zdawać sobie sprawę z tego, że świat nie jest tylko biały lub czarny. Bo pamiętajmy, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka i mówienie, że ja mogę, bo jest wolność słowa etc. nie usprawiedliwia tego, że ktoś zostaje przez nas obrażony. Na to zresztą są paragrafy, ale przecież prawo zawsze stoi po stronie Kaliego, a przynajmniej według niego powinno.

Iceman
Wielu fanów Icemana po tym dialogu poczuło ból w pewnej części ciała/Fot. Marvel Comics

Tym samym nigdzie nie jest powiedziane, że to słynne upychanie gejów i murzynów do filmu jest związane z poprawnością polityczną. Nie, a nawet gdyby było, to Sara Pichelli i Brian Michael Bendis, którzy Spider-Manem uczynił Milesa Moralesa nie zrobili dlatego, bo pomyśleli hej, jest zbyt mało czarnoskórych superbohaterów sprawmy, aby Spider-Man był murzynem, bo tak będzie politycznie poprawnie. Zrobili tak, bo czemu kostiumu nie miał przywdziać Miles. Co takiego stoi na przeszkodzie? Nie ważne, jak bardzo “wojownicy o jedyny słuszny świat” będą zaklinać rzeczywistość, ale muszą pogodzić się z tym, że odbiorcami komiksów nie są tylko heteroseksualni biali gimbazjaliści z Polski i USA. Zresztą pojawienie się bohatera homoseksualnego nie oznacza poprawności politycznej, a jest przejawem czegoś zupełnie innego. Konkretnie potrzeby reprezentacji. Taka potrzeba istnieje właśnie w nawiązaniu do tego, co napisałem o świecie i odmiennościach – i boli mnie, że muszę dodawać takie oczywistości. Komiks, film, literatura, gry i tak dalej, to sztuka, akt twórczy, a w zasadzie efekt aktu tworzenia, który można modyfikować zależnie od swoich potrzeb. Szczególnie, gdy mówimy o postaciach, które są postaciami wymyślonymi – co ciekawe to tych bardzo często broni się we wszelkich dyskusjach korzystając z argumentu, że tak przecież było od zawsze. To niezwykle interesujące i zmusza mnie do myślenia. Intensywnego, ale ciągle nie potrafię pojąć o co chodzi obrońcom i to nawet w momentach, gdy sam twórca postaci mówi, że nie ma nic przeciwko temu, aby jego bohater w nowej ekranizacji został różowym kucykiem.

Czarny Adolf Hitler

Jeżeli słyszę, że Thor nie może być kobietą, bo zawsze był przystojnym, białym blondynem, to szukam w tym zdaniu racjonalnych argumentów. Bo stwierdzenie o tym, że zawsze tak było nie jest argumentem. Ja mógłbym tak powiedzieć o sobie, zawsze tak było, że byłem biały. Choć nie miałbym nic przeciwko temu, aby zagrał mnie np. Denzel Washington. Jest pewne niebezpieczeństwo w tym, że twórca może popaść w coś, co nazwać mogę “pułapką poprawności politycznej”. Na przykład, gdy w filmie traktującym o niewolnictwie bohaterowie starają się ograniczać w sferze języka i mówią tak, aby nikogo nie urazić. To jest błąd, który dodatkowo fałszuje historię i zamiast pomagać mniejszości tylko jej szkodzi. Jednak znowu, wszystko zależy od kontekstu, od tego, co się stanie, gdy podejmiemy konkretne decyzje na przykład w kwestii doboru obsady. Jakie są nasze motywacje i co chcemy osiągnąć.

Każda epoka zrodziła swe własne sprzeczności, ale koniec XX wieku jest szczególnie żałosny. Straciliśmy naszą odwagę, naszą skłonność do ryzyka, nasze serce. Słuchaj, wierz mi, kiedy to mówimy i mówimy szczerze, spodoba się to kobietom, spodoba się czarnym, brązowym, żółtym, zielonym, czerwonym i purpurowym i spodoba się homoseksualistom i lesbijkom, i wszystkim pomiędzy. Nie wciskajmy sobie gówna, jesteśmy różni, ale jesteśmy jednością. Niesiemy sobie nawzajem śmierć i śmierć niesie to nam. – Charles Bukowski

Cytat z Bukowskiego wyrywam z kontekstu, bo cały list, z którego pochodzi, traktuje o jego podejściu do opisywanego tutaj tematu. Bukowski uważał bowiem, że w latach 90. pisarzowi jest zdecydowanie trudniej niż na przykład w latach 50. Jak wymyśliłeś sobie, że czarnoskóry bohater będzie złodziejem, to musisz się liczyć z tym, że nie wszystkim się to spodoba, bo przecież czarni zawsze kradną, więc może bezpieczniej będzie zrobić gwałcicielem białego mężczyznę. Tu nikt nie powie nawet słowa? Bukowski ma rację w kontekście przesady i chowania się za walką ze stereotypami przy każdej okazji. Ten problem świetnie ostatnio zilustrował serial “Master of None”, w którym Aziz Ansari celnie punktuje jak łatwo jest wpaść w pułapkę, ale jednocześnie jak sami zainteresowani nie pomagają swojej sytuacji. Posługuje się przy tym przykładem sposobu mówienia po angielsku przez hinduskich aktorów. Nie będę Wam jednak zdradzać o co chodzi, a zamiast tego polecę serial, który w ubiegłym roku znalazł się w moim prywatnym top 3 najlepszych produkcji. Znowu jest to przykład tego, jak autor, reprezentant mniejszości wymierza celne ciosy każdemu. Również sobie.

Master of None
W “Master of None” dostaje się każdemu, ale ty i tak powiesz, że to przejaw poprawności politycznej/Fot. Netflix

List Bukowskiego przytaczam też dlatego, że zwolennicy teorii o krępującej wszystkich poprawności politycznej uznają, że przecież Bukowski jasno pisze, że poprawność polityczna ma złe strony. Owszem, może być zła. Jednak nie sama idea, a to, że:

  • Nie rozumiemy, co się za nią kryje,
  • Wpadamy w skrajność,
  • Znika gdzieś szczerość przekazu.

Pisarz znany z ostrego języka był jednak sprawiedliwy i w jego twórczości każdy dostawał to na co zasługiwał. Bez względu na to, czy był biały, czarny czy fioletowy. Problemem jest też to, że my jesteśmy zwyczajnie za głupi na pewne kreacje, które są naszym dziełem. Ciasne umysły wpadają we wspomniane skrajności z jednej i drugiej strony. Zamiast dyskutować strony “sporu” okopują się na swoich pozycjach i ostrzeliwują z dogodnych miejsc tak, aby drugą zabolało. Z tego powodu, gdy słyszmy, że na 88. gali rozdania Oscarów dziwnym trafem nominacji nie dostał Afroamerykanin, to nie krzyczmy od razu o poprawności politycznej i wpychaniu na siłę murzynów tylko zadajmy sobie pytanie, dlaczego świetne filmy takie jak “Creed” czy “Straight Outta Compton” przegrywają z produkcją taką jak “Marsjanin”. Zastanówmy się. Znajdźmy racjonalne argumenty. Takie, które faktycznie tymi argumentami są zamiast od razu uciekać do doszukiwania się spisku poprawności politycznej.

Moje pisanie pewnie nic nie zmieni. Nie zmieni myślenia, nie zmieni rozumienia terminu jakim jest “poprawność polityczna”. Nawet nie wiem, czy coś specjalnego do dyskusji wnosi, bo przede mną napisał o tym prawie każdy bloger popkulturalny jakiego kojarzę, ale musiałem, bo cytując klasyka czasami człowiek musi, inaczej się udusi. Nadal będą tacy, którzy uznają, że Idris Elba nie może być Bondem czy Rolandem z “Mrocznej Wieży”, bo oni przecież byli biali. Będą też tacy, którzy będą wypisywać, że świadomość tego, że jakaś postać jest kobietą – choć pierwotnie była mężczyzną – sprawia, że dostają raka. Wiem to, a mimo to piszę, jak idiota kolejny w sieci tekst o tym, czym jest ta mityczna poprawność polityczna. Bo gdzieś w głębi swojego marnego jestestwa liczę na to, że ktoś zrozumie, ktoś uzna, że nie warto być chujem. I nawet jak to będzie jedna osoba, to uznam, że ten tekst miał sens.

Mądrzej ode mnie dawno temu na ten temat pisali m.in. Zwierz i Ichabod. Ich czytajcie. Ja tu tylko sprzątam.

  • Śledź

    “Wielu fanów Icemana po tym dialogu poczuło ból w pewnej części ciała” – akurat ten przykład jest nieco niefortunny, bo ten nieco niefortunny dialog (a konkretniej niepokazany tu tekst) został przez wiele osób niehetero uznany za (niekoniecznie celowo) bifobiczny, ale to już takie meandry, że przywołany tu biały hetero gimbus z Polski niekoniecznie ogarnie 😉 tak czy siak, tekst świetny – mniej świetny jest fakt, że mimo tu przytoczonych poprzednich przykładów, nadal trzeba to wszystko powtarzać.

    • Co do dialogu to ja go wykorzystałem na tej samej zasadzie jak fragment Bukowskiego. Celowo wyrwałem z kontekstu, ale nie wiem czy każdy zrozumie po co 🙂 Dzięki za miłe słowa.

    • Kayleigh90

      W dodatku ludziom nie podobało się “wyoutowanie”, czyli to inni bohaterowie mówili o jego orientacji, a nie on sam.

  • Gert

    Mam wrażenie że Tobie i wielu podobnym umyka clue problemu. Poprawność polityczna to jedno, działania w imię poprawności politycznej to drugie. I tak np. polski wyraz “murzyn” jest dzisiaj uznawany za niepoprawny politycznie i zastępowany słowem “czarnoskóry” pomimo tego że “murzyn” nigdy nie miał pejoratywnego znaczenia, o czym doskonale świadczy wierszyk z podstawówki o “murzynku bambo”.

    Idąc dalej -w imię poprawności politycznej w serialach i filmach upycha się wątki różnych mniejszości. I działa to trochę jak parytety w polityce – odhacza się kolejne mniejszości, bez zważania na konkrety. Zbyt często w serialach traktuje się wątki homoseksualne po macoszemu. Bardzo często taki wątek polega tylko na wspomnieniu że dana postać jest homoseksualistą. Jaki wpływ ma to na rozwój postaci? najczęściej zerowy. A przecież jest też niemało przykładów gdzie takie wątki budują background postaci. Wszystko zależy od serialu, ale dzisiaj praktycznie niemożliwe jest stworzenie serialu, filmu czy gry komputerowej w 100% białymi postaciami bez narażania się na krytykę. Kazus Wiedźmina 3 i krytyki ze strony polygonu za brak czarnoskórych postaci w świecie fantasy imitującym słowiańskie wczesne średniowiecze dobitnie to pokazuje. Tak samo afera ze zbyt białymi Oskarami. A przecież dobrze wiadomo że w 2015 roku po prostu nie było AŻ tak dobrych ról czarnoskórych aktorów. Po prostu. Nie było. Parytety w nominacjach w imię poprawności politycznej? Absurd.

    Poprawność polityczna to nie tylko sposób używania języka. Jeżeli już cytujesz wikipedie, to nie rób tego w tak wybiórczy sposób. Poprawność polityczna to przede wszystkim zjawisko społeczne które ma swoje dobre i złe strony. PP używana w debacie publicznej podnosi jej standardy ale nadużywanie jej, poprzez uprzywilejowywanie którejkolwiek z grup (także białych chrześcijan) prowadzi do negatywnych konsekwencji i poczucia że jest się gorszym u pozostałych grup.

    I nie uciekniemy od tego że filmy z nadreprezentacją rzekomo słabszych grup są uwielbiane przez akademię. To jest fakt, który powoduje że ludzi nie będący żydami mają problem że co roku przynajmniej kilka filmów o tematyce holocaustu albo zbliżonej dostaje nominacje. To nie tylko nudzi obserwatorów ale też zadaje pytanie – “czemu zawsze oni”.

    • Chciałbym coś napisać więcej, ale ty tak naprawdę streściłeś mój tekst. Dzięki 🙂

      PS. W 2015 roku były AŻ tak dobre role czarnoskórych aktorów – oto przykłady – Will Smith we “Wstrząsie” (film taki sobie, Will b. dobry), Idris Elba w “Beast of no Nation” (znowu film z dłużyznami, ale Idris klasa), Jason Mitchell w “Straight Outta Compton”, Shameik Moore w “Dope” itd. to tylko kilka przykładów. Tak, to są bardzo dobre role. Role na poziomie nominacji do Oscara. I takich ról jest więcej, co roku.

      • Marcin Kwaśny

        Co do braku nominacjo dla Idrisa Elby za rolę w “Beast of no Nation”, to czy nie wynika ona tylko z tego, że ten film był wyprodukowany przez Netfilxa i trafił wyłącznie na platformy VOD? O ile się orientuję do Oskarów nominuje się tylko filmy kinowe.

        • Nie trafił wyłącznie na platformy VOD, miał jednocześnie ograniczoną dystrybucję w kinach

          • Marcin Kwaśny

            No właśnie: ograniczoną. Do kilkunastu wybranych kin. Czyli mamy tutaj do czynienia bardziej z pokazami kinowymi dla kwestii prestiżowych, niż z regularną dystrybucją kinową. Od dnia premiery “Beast of no Nation” dostępny był na Netflixie. Tak więc dalej podtrzymuję swoje zdanie, że brak nominacji dla tego jednego filmu wziął się z tego, że nie jest to film kinowy.

          • Tylko, żeby uzyskać nominację nie musisz być w szerokiej dystrybucji. Tak czy inaczej “Beast of no Nation” to tylko jeden przykład, więc nawet bez tego filmu coś jest nie tak.

          • Marcin Kwaśny

            Pogrzebałem dokładniej i wychodzi, że film musi być wyświetlany w kinach co najmniej 7 dni. I jak zrozumiałem może być to zaledwie tygodniowa obecność w normalnym repertuarze nawet tylko jednego kina, pod warunkiem że znajduje się ono w Los Angeles. Przyznaję, nie wiem ile czasu można było obejrzeć “Beasts of No Nation” na srebrnym ekranie. Być może mógł się jeszcze załapać do grona nominowanych. Temat tego konkretnego filmu poruszyłem dlatego, że wiele osób podaje go jako przykład “filmu bez nominacji”, gdy tym czasem był on przeznaczony od razu na platformy VOD, i tylko przy okazji był wyświetlany w kinach. Tak więc jego brak na gali Oskarowej mógł wynikać wyłącznie z ograniczeń regulaminu. Jasne nie rozwiązuje to problemu braku nominacji dla innych filmów, aktorów, reżyserów, scenarzystów, kompozytorów itd. po prostu zastanawiam się, czy przy jego roztrząsaniu, nie przesadza się aby w drugą stronę: jako przykłady podając filmy, które i tak nominacji by dostać nie mogły.

    • Asd

      Jak najbardziej się zgadzam, Gert. Zgadzam się również do pewnego stopnia z ideą tekstu, sam parę lat temu wyśmiewałem większość rzekomych “negatywnych” przykładów poprawności politycznej, bo były wuja warte. Z perspektywy lat można jednak dostrzec, ze ten problem może negatywnie wpłynąć na Europę. Wkurza mnie to, że wcale nie głupi ludzie (Ichabod) bagatelizują problem poprawności politycznej na przykładzie mało śmiesznych przykładów. “Poprawność polityczna” w wydaniu polityków UE to szkodliwe narzędzie.

  • Rewol

    Kurczę blaszka, jak ja się cieszę, jak mogę czasami poczytać takie dobre teksty! Od siebie tylko dodam, że często skupiamy się na pojedynczych przypadkach zmian różnych postaci i przerzucamy się przypadkami “a tu wyszło”, “ale tu nie” itd. zamiast skupić się na tym dlaczego gdzież te zmiany się udały. Czy chodziło o to, że zrobiono te zmianę tuż przed oddaniem sterów nad historia nowemu scenarzyście, czy raczej właśnie za bardzo skrępowano nowych autorów? Czy postać była zbyt dużą ikona by ją zmieniać czy przeciwnie, postać ta była zbyt skostniała i nie reprezentowała już dobrze nowych realiów? To oczywiście o wiele trudniejsze niż prosty podział za lub przeciw wszelkim zmianom i prowadzi do wielu wpadek. Ale dla mnie jedną z lepszych rzeczy w kulturze jest to że ryzykuje, prowokuje, zmusza do myślenia i traktuje mnie jak dorosłego człowieka.
    Jeszcze raz podziękowania za dobry tekst i czekam na następne bo też pewnie będą dobre.

  • Bardzo dobry tekst i ciekawe spojrzenie na temat. Takich tekstów też niekiedy potrzebujemy, Marcinie 🙂 Jeśli ty potrzebujesz to się nie krępuj.

    Aczkolwiek… Thor kobietą? Nie mam nic przeciwko czarnemu Bondowi, ale uważam, że są pewne granice, pewne wyobrażenia, których przekraczać (w konwencji nie będącej parodią) nie w smak. Oczywiście, można, droga wolna, ale mojej krytyki nie powinno się też wtedy sprowadzać do mentalnych ograniczeń. Żeby nie było… Dziwnie czułbym się też oglądając film o mitologii greckiej, gdzie Atena jest mężczyzną czy kryminał o chińskiej triadzie, w którym role mafiozów objęli czarni lub biali aktorzy. Zdajmy się na zdrowy rozsądek.

    • Ale Thor to nie jest w wydaniu Marvela po prostu nordycki bóg jak w mitologii, to superbohater-kosmita, który bierze swoją moc z magicznego młotka. Równie dobrze ów magiczny młotek mogła wziąć godna kobieta i w ten sposób ona posiadła te same moce. Albo ktoś czarnoskóry gdyby akurat znalazł się na księżycu (gdzie wówczas Mjollnir sobie spoczywał) i był dostatecznie godny. Jedyny zgrzyt to to przejęcie imienia, ale roli? To się akurat trzyma kupy wg mitologii komiksowej.

      • Margaj

        Nie wiem w jakich rejonach ludzie wściekają się na samo przejęcie roli. Wszyscy których znam i którzy są niezadowoleni z kobiety Thora (w tym ja) myślą że zabranie imienia oryginalnemu Thorowi to czysta głupota. Podnosisz młotek, dostajesz moce – tak to działa. Ale wiadomo że Ona (Można już pisać imię nowej posiadaczki Mjolnira czy to jeszcze spoiler?) dostała ten tytuł żeby trzymać nas w niepewności. Jaka jest prawdziwa tożsamość Thor? Nie widzę innego w miarę sensownego wyjaśnienia. Nie wspominając o solowej serii która postawiła na głowie charaktery niemalże wszystkich Asów.

  • TomB Reader

    “Wolność słowa nie usprawiedliwia tego, że ktoś czuje się przez nas obrażony”, hm… Nie mogę się z tym w pełni zgodzić. Gdyby trzymać się ściśle tego postulatu, to – zwłaszcza w Polsce – żadna krytyka, obojętnie jak rozumiana, nie byłaby możliwa. Znaczna część ludzi, a Polaków w szczególności, ma bowiem tendencję do nadmiernego rozszerzania kręgu własnej wolności. Uważają, że mają prawo być chronieni przed wszystkim, czymkolwiek, co sprawia im jakiś dyskomfort. Innymi słowy, gotowi są obrazić się za byle co, nawet za coś, za co komu innemu nie przyszłoby do głowy się poczuć osobiście urażonym (np. za swobodne odśpiewanie hymnu przez Edytę Górniak, czy za niepochlebne zdanie o Janie Pawle II). Nie możemy otóż przyzwalać na to, by to osoba “obrażana” wyłącznie decydowała o tym, co ją obraża. To nie samo jej dobre samopoczucie, nawet jeśli faktycznie zostało naruszone, ma być kryterium, według którego uznajemy coś za dopuszczalne lub nie. Granica wolności słowa leży gdzie indziej, na pewno nie wyłącznie w tym, co kto czuje. Bodajże John Cleese z Monty Pythona powiedział, że nie możemy domagać się ochrony przed wszelkimi niewygodnymi dla nas emocjami. I że to fakt, iż nie potrafimy kontrolować własnych emocji sprawia, że próbujemy w zamian kontrolować zachowania innych. A dopiero TO jest naruszeniem wolności. Nie możemy bowiem wciąż borykać się z cudzymi potencjalnymi problemami emocjonalnymi, nakładać sobie przez nie kagańca autocenzury. Trzeba więc założyć, że istnieje pewna sfera wolności wypowiedzi, w ramach której bez znaczenia jest to, czy ktoś się poczuje obrażony, nawet jeśli to uczucie szczere i autentyczne. Po prostu zbyt zaborcze określanie własnej przestrzeni proksemicznej, nadmierne zawłaszczanie jej wokół siebie musi być przez otoczenie ignorowane, jako niezasadne. Bez tego nie będzie możliwa krytyka, a przez to dyskusja i postęp światopoglądowy, wymagający czasem nawet przełamywania tematów tabu. Nie będzie możliwy dowcip, którego znaczna część zasadza się na przekraczaniu granic, na pewnej bezczelnej niepoprawności nawet. Więc owszem, czasem (często?) wolność słowa właśnie usprawiedliwia obrażenie kogoś. Może być wyższym dobrem niż jego prywatny dobrostan. Nasze emocje są naszym problemem, nie cudzym. Radźmy sobie z nimi sami, a dopiero potem, jeśli już nic innego nie skutkuje, stawiajmy granice, twórzmy reguły, a dopiero w zupełnej ostateczności wprowadzajmy zakazy. Jestem przekonany, że z większością negatywnych emocji jesteśmy w stanie i powinniśmy dać radę sami się uporać, zamiast przerzucać przy pierwszej trudności ciężar dbania o to na innych.

    • Zgadzam się z tym, co piszesz. Jednak zwracam uwagę, że ja poruszam temat obrażania, które nie podlega dyskusji – np. nazywania kobiety kurwą. Na takie coś nie ma usprawiedliwienia, bo to jest absolutna podstawa, tak jak nie nazywanie kogoś cwelem czy pedałem. Reszta, a w zasadzie tendencja do tego, że staramy się chronić przed wszystkim to przejaw tego samego mechanizmu jakim z drugiej strony jest “atakowanie” tematu poprawności politycznej. Mówiąc krótko skrajności we wszystkich wypadkach nie są mile widziane i wypaczają sens tego, czego dotyczą. O czym również wspominam w tekście.

      • TomB Reader

        Obawiam się jednak, że “szara strefa” może być większa niż te wartości podstawowe, co do których nie ma sporu. Zgodzimy się co do nazywania kobiety kurwą, ale zaczniemy relatywizować problem przy innych określeniach – ostatecznie okaże się, że takich niejasnych, zależnych tylko od indywidualnego odbioru określeń jest znacznie więcej niż tych, które wszyscy uznamy za jednoznacznie obraźliwe. Właśnie w naszym kraju widać doskonale, że ludzie potrafią czuć się osobiście obrażeni rzeczami, co do których nie ma zgody, wcale nie są bezdyskusyjne – i mimo to domagają się ochrony swoich uczuć. A pójdę i dalej – w kwestii pewnych rzeczy panuje lokalna zgoda, ale uważam, że mimo to nie należy poddawać się terrorowi większości. Czy Jerzy Urban (ukarany za to, o ile pamiętam), nazywając Karola Wojtyłę “zgrzybiałym starcem” stwierdzał fakt, czy obrażał? Czy jeśli większość uważa, że generalnie w ogóle nie wolno mówić w żaden sposób źle o Janie Pawle II, bo to obraża ich uczucia religijne, mam się z tym pogodzić i zaniechać krytyki papieża-Polaka, mimo że uważam, iż jego działania na nią zasługiwały, niektóre nawet na ostrą? Szukając innego przykładu – uważam, że akcja Marka Raczkowskiego (którego uwielbiam) i Kuby Wojewódzkiego (którego nie lubię) z wkładaniem polskich flag w psie kupy, była słuszna – zwracała w prowokacyjny, ale celny sposób uwagę na panujące powszechnie w Polsce przekonanie, że nie musimy sprzątać brudów zostawianych w przestrzeni publicznej przez nasze czworonogi. Bo Polak jest ponad to. Było to satyryczne zwrócenie uwagi na problem, poprzez pewne wyolbrzymienie narodowych zachowań i naruszenie patriotycznego tabu. Okazało się, że większość naszych rodaków poczuła się tym urażona, więc KRRiT nałożyła za to wysoką karę na stację telewizyjną, a prokuratura (wyrastająca w końcu z tej samej kultury) wszczęła postępowanie w sprawie znieważenia symboli narodowych. Nikt natomiast nie upomniał się o wolność wypowiedzi. Czy akcja ta dotknęła skrajności? Być może. Czy z tego powodu takie działania powinny być karane? W żadnym wypadku! Jestem zdania, że Raczkowski z Wojewódzkim mieli prawo przekroczyć tę granicę, nawet jeśli większość uważa inaczej. Wolność wypowiedzi jest ważniejsza niż nasz chwilowy dyskomfort, np. wywołany sąsiedztwem flagi i psiej kupy – i będę obstawał przy tym twierdzeniu, nawet wbrew powszechnej zgodzie, że jest inaczej, choćby i wspartej literą niedoskonałego w tym miejscu prawa. Tego, co jest dobre lub złe nie powinno się wybierać metodą głosowania. Bo większość wcale nie jest racjonalna i nie musi podejmować obiektywnie najlepszych decyzji, także w kwestii tego, co jest “poprawne”, a co nie.

  • aHa

    Nie wiem, czy ktokolwiek zajął się tym bardziej szczegółowo, ale wydaje mi się, że duży wpływ na stosunek do szeroko rozumianej politycznej poprawności ma szkoła. Pamiętam że ilekroć u mnie w podstawówce/liceum używało się tego terminu, chodziło o jakieś ciekawostkożarciki typu że w jakimś słowniku ktoś postanowił zmienić wszystkie słowa “czarny” na “afroamerykański” i wyszło mu np, “filmy afroamerykańsko-białe”. Ha, ha, boki zrywać. Pamiętam też jakąś czytankę na angielskim, która drwiła lekko z “political correctness”, tekst był mniej więcej o tym, że zwyczajowe “żeńskie” nazwy zawodów zastąpiono odpowiednikami nie zdradzającymi płci, np. “stewardess” stała się “flight assistant” itd., wszystko w takiej lekkiej formie przedstawiającej te działania jako dziwactwo. Nie pamiętam żadnego tekstu który mówiłby o tym, o czym mówi Twój – czyli że to wszystko ma wynikać z szacunku dla drugiego człowieka. Nie wiem jak jest teraz, ale tak uczono w latach 90. Teraz czytelnicy tych tekstów mają 30 lat i w sumie nie dziwię się, że trollują na Onetach prowadząc krucjatę przeciwko feministkom i Idrisowi Elbie. Po prostu tak im się wdrukowało, że polityczna poprawność to coś głupiego lub wręcz niebezpiecznego.

    A tekst świetny.

  • Kurdę, dotarło. Nawet jeżeli dużo blogerów pisało już to samo, to do mnie trafił właśnie twój tekst.
    P.S Ale dalej nie wiem, czemu „Straight Outta Compton” nie dostało oscara. 😉