Recenzje
StockMonkeys.com/Chris Potter

Gdzie są granice recenzji, czyli jak straszy się blogerów sądami

Są wśród nas smutni ludzie, którym wydaje się, że rozumieją na czym polega recenzja. Wojujący rycerze wymierzający razy w dobrej sprawie. W swojej sprawie. Tak jak przedstawiciele wydawnictwa Novae Res. O co chodzi? O to, że autorka recenzji książki Adriana Bednarka “Pamiętnik diabła” skasowała po tym, gdy zwróciło się do niej wydawnictwo stwierdzając, że przekroczyła pewne granice. Oh really?

Autorka publikująca na blogu Post Meridiem oceniła wspomnianą książkę, ale popełniła błąd – recenzję możecie przeczytać tutaj, bo Google pamięta. Przy okazji oceny postanowiła zwrócić uwagę na to, że talent pisarza został zmasakrowany błędami jakie przeszły przez korektę. Zdarza się, że jedno czy dwa słowa umkną uwadze korektorów. Co jednak zrobić w sytuacji, gdy czytając trafiamy na takie kwiatki jak: masarz, sience-fiction, tak po porostu (może porostu włosów?) itd., itd.? Trzeba o tym napisać. Trzeba zwrócić uwagę czytelników, a tym samym potencjalnych klientów, że kupują produkt, który ma potencjał, ale przy okazji można się nabawić palpitacji serca. Recenzja ma być rzetelna. Książka to produkt kompletny, czyli oprócz treści ocenie podlega również wydanie. Jeżeli wolumen się rozpada, to mam o tym zapomnieć.? Jak pojawiają się błędy to mam przymknąć oko? Tak sugeruje pani  Dorota Konkel, sekretarz redakcji wydawnictwa Novae Res. Wywiad z nią ukazał się na stronie booknews.pl i przyznam szczerze, że już dawno nie czytałem czegoś równie żenującego.

Można krytykować fabułę, wytykać potknięcia i błędy, swobodnie oceniać tekst oraz szatę graficzną i eksponować swoje subiektywne zdanie dotyczące książki. Jednak krytykując w sposób autorytarny na przykład projekt typograficzny trzeba mieć do tego odpowiednie kompetencje. Przede wszystkim zaś w mojej ocenie recenzujący powinien ograniczać się do tego, czym jest recenzja, a nie na podstawie swoich spostrzeżeń snuć daleko idące wnioski dotyczące współpracy autora z wydawnictwem czy intencji wydawnictwa względem autora.

To mój ulubiony fragment. Rozumiem, że jak Pani Dorota kupuje samochód to absolutnie nie może się wypowiedzieć na temat jakości tapicerki, bo przecież nie jest profesjonalnym tapicerem. Nie może dać wyrazu swojemu niezadowoleniu z faktu, że silnik głośno pracuje, bo nie ma do tego kompetencji. Grunt, że samochód jeździ. Ja nie mam kompetencji wydawniczych, ale przez całe dotychczasowe życie przeczytałem trochę książek i widziałem, chwała bogu wciąż widzę, jakie są dobre praktyki w branży. Wiem, jak powinna wyglądać dobrze wydana książka i wiem też, że błędy ortograficzne to błąd w sztuce. Tak jak martwa mysz w jedzeniu. Nie muszę mieć dyplomu, aby stwierdzić coś, co jest oczywiste.

Kompetencji nie zdobywa się tylko przez wykształcenie czy jakieś inne tajemne sztuki, które być może ma na myśli pani Konkel. Kompetencje zdobywa się przez doświadczenie. Przez ponad pięć lat współpracy z największymi wydawnictwami w Polsce zdarzyło mi się usunąć jedną recenzją książki z łamów serwisu. Na wyraźną prośbę autorki i samego wydawnictwa. Usunęliśmy ją z powodu faktycznych błędów merytorycznych, które pojawiły się w tekście popełnionych przez zewnętrznego autora. Wina spada na mnie, bo zaufałem i za to zaufanie zapłaciłem.

Usuwać czy nie?

Odpowiedź na to pytanie jest prosta. Jeżeli nikogo nie oczerniacie, nie szkalujecie, Wasze zarzuty mają mocne podstawy, to absolutnie nie. Owszem wydawnictwo będzie chciało dowieść, że jednak naruszacie ich dobre imię, a co gorsze uderzacie w potencjalne zyski jakie przez Waszą publikację mogą stracić. Prawda jest jednak taka, że wszystko rozbija się o argumenty. Zwraca na to uwagę m.in. Paweł Opydo na swoim blogu Zombiesamurai.pl świetnie punktując absurdy całej sytuacji. Jest ich trochę czego dowodem jest drugi fantastyczny fragment cytowanego wywiadu:

My nigdy nie ingerujemy w treść recenzji i w naszym ogromnym ich zbiorze zdarzają się również te niezwykle niepochlebne. Na tym polega wolność słowa, którą szanujemy i w tym zakresie nie jest ona w żaden sposób zagrożona czy ograniczana. Jednak wolność słowa to nie dowolność słowa, tak samo jak wolność ekspresji to nie dowolność ekspresji.

Kocham – napiszę to inaczej KOCHAM – jak ktoś używa matki wszystkich argumentów w dyskusjach o granicach recenzji, czyli wyjeżdża z wolnością słowa. Możesz mówić źle, ale tylko w granicach jakie mi się podobają. Czy autorka swoim wpisem nadużyła wolności słowa? W żadnym wypadku. Wypunktowała rzeczy, które zauważyłby człowiek kupujący książkę. Z tą różnicą, że on nie ma bloga i swoimi spostrzeżeniami dzieli się z kotem lub kilkoma kolegami. O dowolności słowa można mówić wtedy, gdy za wypowiedziami nie idzie nic na poparcie stawianych tez.

Jeżeli jest ktoś, kto powinien ponosić konsekwencje to powinny być to osoby, które dopuściły do druku książkę z błędami ortograficznymi. Nie osoby, które będą na te błędy zwracać uwagę. Radzę też sięgnąć po fachową literaturę wyjaśniającą czym są takie pojęcia jak:

  • recenzja
  • wolność słowa
  • jak się wydaje książki

Autorkę bloga pozdrawiam i na przyszłość życzę więcej zdecydowania, gdy przyjdzie jej bronić swoich argumentów.

Fot. StockMonkeys.com

Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed

Logotyp na górze przeniesie Cię na stronę główną. Poniżej znajdziesz konta w serwisach, w których możesz mnie obserwować. Miło mi, że poświęcasz swój cenny czas na obcowanie z tym, co przygotowałem.

More Stories
Historia komiksu
Historia komiksu #1 – Czym w ogóle jest komiks?